Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 6.2007

Po pozbyciu się Krzysia stworzyliśmy
z Miśkiem oraz Johnnym trio niepowtarzalne.

Boh Trojcu lubit.

Było nas trzech, w każdym z nas…

Trzech ich było, trzech ich niosło…


I takie tam.


Michał, Janek i Igor. Polibuda,
akademik, pierwszy rok, pokój 228.


Jak w każdym związku bywały chwile
trudne. A taka na przykład.


Wieczór. Michał z Igorem przy świetle
lampek pogrążeni w lekturze. Cisza… Wraca Janek skądś tam.
Rozbiera się, zagląda do szafki na dole.

- O, a gdzie chleb? – pyta.

- Pewnie Igor zjadł – odpowiada
mimochodem Michał nie odrywając wzroku od książki.

- A to pójdę kupię – mówi
spokojnie i bez emocji Janek i zaczyna się z powrotem ubierać.

Igor wstaje i wymachując rękoma
odstawia pantomimę na środku pokoju, dokładnie obrazując
przerysowanymi gestami każdą opisywaną czynność.

- No jasne! Igor zjadł! Wziął
bochenek chleba, przekroił wzdłuż na pół, posmarował kostką
masła, wsadził dwa pętka kiełbasy i zjadł! Zawsze przecież
takie kanapki na kolacje jem!!! O, proszę, tu jest. – zakończa
swój występ otwierając górną szafkę i wyciągając cały chleb.
Po czym ostentacyjnie wraca do lektury.

Janek i Michał patrzą na siebie
zdziwieni…


Albo taka scenka.


Gawędzimy sobie niezobowiązująco na
tematy dowolne. Pierdy smerdy, blablibla.

- Ten cały podwójny nelson to jedna
wielka lipa jest – rzecze Jasiu w pewnym momencie – Ja tam z
dowolnego nelsona bez trudu potrafię się uwolnić.

- Weź nie gadaj głupot – protestuje
Michał – Nie dasz rady.

- Nie raz się uwalniałem, wiem co
mówię kochany. To nic trudnego jak się zna sposób. Mówię ci,
ten chwyt się do niczego nie nadaje. Taka bezużyteczna sztuczka.

- Panowie co się będziecie spierać.
Michał załóż mu nelsona i niech się uwolni. – wtrąca Igor.
Propozycja ostaje przyjęta.

Pośrodku pokoju staje Jasiu. Tuż za
nim Michał. Michał do sprawy podchodzi poważnie i z nabożnym
skupieniem. Starannie zakłada Jasiowi podwójnego nelsona, zaciska
chwyt sprawiając, że Jasiu musi się pochylić. Cicho przy tym
stęka.

- No dobra Jasiu, uwalniaj się –
ordynuje stający z boku Igor robiący za sekundanta.

Michał jeszcze bardziej dociska chwyt.
Jasiu jeszcze bardziej się pochyla. Czerwienieje z wysiłku na
twarzy. Jedynym efektem jaki osiąga jest nieznaczny ruch
odwiedzionych w tył ramion.

- Eeeeeeeee. Nie umiem. – stwierdza w
końcu.

Matko kochana ile było śmiechu. Do
łez po prostu. A najgłośniej śmiał się Jasiu. Ze dwadzieścia
minut ryczeliśmy. Jak jeden przestał, to zaraz znowu zaczynał, bo
pozostali rechotali. Kilka osób przechodziło obok i zaintrygowani
zaglądali do środka. Postali chwilę, popatrzyli i wychodzili. A my
słowa nie byliśmy w stanie wykrztusić.


Nie znaliśmy się na początku.
Byliśmy z różnych miast. Mieliśmy różne temperamenty, gusta
muzyczne…


Rymasz

Rymasz wraca z fabryki.
Następuje zestaw rytualnych pieszczot. Buzi dla żony, buzi dla córci w główkę, w policzek, w główkę. Głaskanie.
Tata: Cześć kochane moje. Co robiłyśmy dzisiaj? No zobacz kochanie jaka na nasza córcia śliczna. Ojejku. Córcia, oj, córcia, na rzęsach tata dzisiaj cały dzień chodził. Ledwo żywy po nocy.
Córcia w ramach odpowiedzi robi zeza, marszczy się, ślini, nieskoordynowanie macha rączką, puszcza bąka i włącza syrenę kolkową. Wczoraj syrena kolkowa działała 13 godzin z niewielką przerwą na jazdę autem. O, to jest mój kolejny genialny wynalazek. Opatentuję zasypiacz dla niemowląt udatnie naśladujący samochód podczas jazdy (wibracje + hałas). Każdy mały człowiek w tym przykima.
Tata: No jak ja cię kocham. No mówię ci. No zobacz Ola jaka z tej naszej córki szczęściara. Tak Lenka? No mówię ci straszna szczęściara jesteś. Przecież gdybyśmy cię tak mocno nie kochali, to już dawno byśmy cię do jakiegoś przytułku oddali.
Mama: Tego to ja jej nigdy nie powtórzę…

Poczucie humoru. To bardzo ludzka cecha jest. Ja bez niego już dawno bym się zajebał własnoręcznie. Mam farta, że moja żona moje kontrowersyjne poczucie humoru chwyta. Hmmm, chociaż z drugiej strony, gdyby nie chwytała, ta jakie ona miałaby szanse, żeby zostać moją żoną?

rymasz

Lepsza Połowa mnie pogoni. ;-))))))))

c%F3rcia%20tatusia.JPGTatuś

Czy ja już wspominałem o tym, że
Krzysiu był gruby i z Lublina?

Wygląd Krzysia był podpuchą. Bo choć
miał swoje problemy z osobowością, to nie był debilem. Był po
prostu złośliwym skurwielem. Ale wygląd zmylał. A my z Miśkiem
młodzi byliśmy.


Zaczęliśmy Krzysiowi współczuć.
Ale to nie koniec. Postanowiliśmy też Krzysiowi pomóc. Zmienić
go. Bo Krzysiu był osobnikiem nieprzystosowanym do życia wśród
ludzi.

Z prysznica korzystał w najlepszym
przypadku raz na tydzień. W sobotę. Co oznaczało, że już w
poniedziałek strasznie cuchnął. No nie lubił pryszniców i nie
mógł się do nich nijak przekonać. Wolał wannę, ale tej w
akademiku nie było. W okolicach wtorku jego włosy wyglądały jakby
je wysmarował smalcem. Nie przeprowadzaliśmy dokładnych badań,
ale wyglądało na to, że bieliznę zmieniał z tą samą
częstotliwością co brał prysznic.

Żarł. Nie jadł. Żarł. Generalnie
to właśnie żarcie zdawało się być sensem życia Krzysia.
Wpierdalał cały czas, byle co, byle dużo było. Teraz, już jako
ojciec, mogę poczynić obserwację, że Krzysiu był bardzo, bardzo
dziecinny. Bo gdy tak obserwuję moją miesięczną córeczkę to nie
mam wątpliwości, że sensem jej życia jest w chwili obecnej przede
wszystkim jedzenie. Nic jej tak nie kręci jak wcinanie mleka
normalnie.

Postanowiliśmy Krzysia namówić do
częstszej higieny. Bezskutecznie. Próbowaliśmy zmobilizować go do
zrównoważenia diety. Bez powodzenia. Gorąco zachęcaliśmy go, by
zaczął z nami biegać wieczorami. Też pudło.

No taka właśnie naiwna i urocza jest
młodość. Chciało nam się. Mimo pierwotnego dystansu Miśka do
mnie, szybko okazało się, że nadajemy na tych samych falach i
wspólnie postanowiliśmy zrobić coś dobrego dla Krzysia. Mission
impossible niestety. Niereformowalny chłopak był.

Powoli, ale nieubłaganie, Krzysiu
zaczął nas drażnić. Zaczęło nam jednak przeszkadzać to, że
Krzysiu przez cały dzień nie robi nic, tylko żre, a uczyć zaczyna
się dopiero, gdy my kładziemy się spać. I świeci pół nocy
lampkę, i wydaje przy tym różne dziwne odgłosy.

Zaczęło nas irytować, że Krzysiu,
podczas gdy my się uczymy za dnia, łazi po pokoju i co 30 sekund
falsetem piszczy „Wiosna!”.

Krzysiu zaczął nas wkurwiać. Miał
nas kompletnie w dupie i najwyraźniej prawdziwą przyjemność
sprawiało mu granie na naszych nerwach.

Gdy zaprosiliśmy kolegów w celu picia
wódki (nieudolnie, oj nieudolnie, ale za to z jakim zapałem!),
Krzysiu wlazł na krzesełko, wziął do ręki moją Biblię i zaczął
nam czytać wyimki o tym, jakim złem jest picie. Nie pamiętam
dokładnie, który fragment, ale mogła to być np. Księga Przysłów
23, 29-35:

U kogo «Ach!», u kogo «Biada!»,
u kogo swary, u kogo żale, u kogo rany bez powodu, u kogo oczy są
mętne? U przesiadujących przy winie, u chodzących próbować
amfory
. Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak
pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo płynie [przez gardło]: bo
w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza; twoje oczy
dostrzegą rzeczy dziwne, a serce twe brednie wypowie. Zdajesz się
spać na dnie morza lub spoczywać na szczycie masztu
. «Obili
mnie, nic nie poczułem, chłostali, nic nie wiedziałem. Kiedyż
się zbudzę? Jeszcze nadal go pragnę…»”

Ja w rewanżu odczytałem Krzysiowi
fragment Mądrości Syracha:

Wino dla ludzi jest
życiem, jeżeli pić je będziesz w miarę. Jakież ma życie ten,
który jest pozbawiony wina? Stworzone jest ono bowiem dla
rozweselenia ludzi.”

lub też mojej ulubionej księgi, czyli
Koheleta:

Nuże więc! W weselu chleb swój
spożywaj i w radości pij swoje wino! Bo już ma upodobanie Bóg w
twoich czynach.”

Ja kiedyś codziennie Biblię czytałem,
więc nieźle obcykany byłem.

Potem jeden z nas podsłuchał w
autobusie jak jakiś nieznany nam koleś relacjonował innemu
nieznanemu nam kolesiowi historię o tej imprezie. „No oni pili, a
Krzysiu im Biblię czytał normalnie!”. Krzysiu był naprawdę
charakterystyczny i rozpoznawalny.

Wyłączał nam radio i wygłaszał
przy okazji perory o tym, że cała muzyka pochodzi od szatana. On od
złych wpływów był wolny, bo codziennie przed zaśnięciem wkładał
sobie pod poduszkę obrazek z Jezusem, dzięki któremu noc w noc,
punktualnie o 3:00, spływała na niego łaska oczyszczenia.

Przyznacie, że dłużej w takich
warunkach nie dało się mieszkać.

Postanowiliśmy się Krzysia pozbyć. W
jego miejsce zapragnęliśmy Johnnego, który nadawał dokładnie na
tych samych falach co my.

Do przeprowadzenia męskiej rozmowy z
Krzysiem zostałem wytypowany ja.

- Słuchaj Krzysiu, jest sprawa… -
zacząłem.

- Mam iść pod prysznic? – spytał
Krzysio.

- No niezupełnie…

- To do którego pokoju mam się
wyprowadzić?

Złośliwy kutas dobrze wiedział, że
przebrał miarkę! No wiedział.

Wytłumaczyliśmy Krzysiowi. Krzysiu
zaś po prostu się spakował i wyniósł, informując nas na koniec,
że wpadnie w piątek.

Zamieszkał w dwuosobowym pokoju z
Prędkim vel Szybkim vel Karabinem. Koleś był drobną chudziną, a
rozliczne wersje swojej ksywki zawdzięczał temu, że mówił mniej
więcej tak: „Trrrrt, trrrrrrt, trrrrrrrt”. Nikt go nie rozumiał.
Idealnie do siebie pasowali.

Zgodnie z obietnicą Krzysiu wrócił w
piątek.

Piątek był dniem szczególnym, bowiem
nasz plan zajęć był ułożony w taki sposób, że wszyscy w piątek
mieliśmy tylko WF. Tak w okolicach południa. Można się było
zatem wyspać do woli.

A Krzysiu zrobił nam klasyczną Wilmę
w piątek bladym świtem. Oburącz, frędzel jeden, załomotał w
nasze drzwi, niczym Fred Flinstone. Johnny wstał półprzytomny i
otworzył. Krzysiu wszedł, ze słowami „Muszę wziąć rolkę”,
zwinął srajtaśmę stojącą na półce, po czym wyszedł. Zdążyłem
za nim krzyknąć „Krzysiu, ty chuju”. Poleżałem jeszcze
minutkę i rozbudziłem się zupełnie. Po czym wstałem i poszedłem
chwasta wyrwać. W nowym pokoju go nie było. Był za to Prędki
śniący swój sen z szybkością 10.000 klatek na sekundę. Krzysia
znalazłem w kiblu na korytarzu. Srał, gadając przy tym do siebie i
śmiejąc się „Rolka, chi chi chi, muszę wziąć rolkę, chi
chi”. Czekałem cierpliwie z 10 minut. A on cały czas to samo,
łajza jedna. Wróciłem do pokoju, przebrałem się z piżamy,
wróciłem. A tamten swoje. Po kolejnych dziesięciu minutach
usłyszałem „Zaklajstrowałem chi chi chi, zaklajstrowałem”. Po
czym Krzysiu podtarł swoje tłuste dupsko i wyszedł nie spuszczając
wody.

Ja byłem wtedy 30 kilogramów młodszy.
Ważyłem w okolicach 65 kilogramów przy wzroście 183 cm. Krzysiu
ważył ze 110 i był ode mnie z 15 cm niższy. Innymi słowy ja
wyglądałem jak anorektyk, on jak Wojciech Mann.

Nie miało to żadnego znaczenia, bo
wtedy byłem naprawdę porządnie rozjuszony.

Krzysiu gdy mnie zobaczył, wyczuł to
bezbłędnie. „To moja rolka” powiedział, przyciskając ją do
piersi.

Ja naprawdę jestem pacyfista. Nie
umiem i nie lubię się bić. Agresja zero.

A wtedy chwyciłem grubasa za chabety,
rzuciłem nim o ścianę i przez zaciśnięte zęby wysyczałem „Jak
cię jeszcze raz zobaczę w naszym pokoju, to cię uduszę.
Rozumiesz? Uduszę”. Poszarpałem go jeszcze trochę, zabrałem
rolkę i warknąłem „Wody nie spuściłeś”. Już na korytarzu
usłyszałem jak ją spuszcza.

Jakże śmiesznie to musiało wyglądać,
jak słowo honoru. Ale wiecie co? Ulżyło mi. Po prostu mi ulżyło.

Nie pamiętam bym w życiu jeszcze
kiedykolwiek dopadł mnie podobny atak agresji, by na kogoś z tymi
moimi słabosilnymi witkami się rzucać.

Ale u Krzysia miałem pozamiatane.
Znienawidził mnie i zaczął unikać.

Myśmy Krzysia pozbyli się po kilku
tygodniach, polibuda po kilku miesiącach. Wyjebali go zaraz po
pierwszym roku. Założę się o każde pieniądze, że chłopak w te
pędy wrócił do Lublina i tam już na zawsze pozostał…


rymasz

Krzysiu był gruby i z Lublina.

Gdy zobaczyłem Krzysia pierwszy raz,
przypominał szarżującego nosorożca. Albo goniącego odjeżdżający
pociąg podróżnego, targającego dwie ciężkie walizki. Bo Krzysiu
biegł. No nie, jednak szarżował będzie lepszym określeniem.
Pochylony do przodu, z wysuniętą agresywnie głową oraz rękami
opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby dźwigały te nieistniejące
walizki.

Krzysiu nie biegł z własnej woli.
Zaraz po rozpoczęciu roku akademickiego zgarnęli cały pierwszy rok
naszego wydziału na stadion i przegonili małymi grupkami po bieżni.

Na Krzysia zwróciłem uwagę, bo jego
spektakularny galop wywołał ogólny entuzjazm z okrzykami „Te
stary, walizki ci ktoś zajebał!!!” włącznie.

Krzysiu poza tym, że gruby, był
niski, miał tłuste włosy, okulary z kineskopów do Rubina
osadzonych w rogowych oprawkach oraz twarz debila. Wyglądał jak
głęboko i trwale upośledzony kretyn, idiota, imbecyl, czy jakie
tam są te stopnie upośledzenia.

Zapału i sił starczyło Krzysiowi tak
na 1/3 dystansu, czyli na około 200 metrów. Gdy się już zmęczył
i uznał, że dalej nie da rady, po prostu stanął i zwyczajnie
przeszedł spokojnym krokiem na skos przez murawę boiska do miejsca
startu, pośród wiwatujących na jego cześć tłumów.

Splątane koleje losu sprawiły, że
zamieszkałem z Krzysiem w jednym pokoju w akademiku. Stąd wiem, że
był z Lublina. Ale naprawdę wiele się musiało wydarzyć, by do
tego zamieszkania doszło.


O naszym życiu decyduje przypadek.
Kompletnie nieprzewidywalny splot okoliczności. Dzięki niemu
właśnie zamieszkałem z Krzysiem. I dzięki niemu (splotowi, nie
Krzysiowi) mam do dziś zajebistych kumpli.


Najpierw dostałem pokój z dwoma
nieznanymi mi osobnikami. Ledwie nadeszła decyzja o przyznaniu mi
akademika, odwiedziło mnie dwóch starszych o rok znajomych z
ogólniaka z drugiego już roku, którzy dostali pokój w tym samym
akademiku wspólnie z kolesiem, który słynął z chlania i
imprezowania. Ci moi koledzy byli ambitni i pijak nie pasował do ich
planów. Dlatego zaproponowali mi, że zamienią mnie z nim
miejscami. Zgodziłem się bez najmniejszego wahania. Nie wnikałem w
szczegóły, w każdym razie chłopaki dorobiły legendę, że jestem
kuzynem jednego z nich i ciocia kazała się żółtodziobem
zaopiekować. Zadziałało. Ta chytra intryga sprawiła, że
mieszkaliśmy razem jakieś dwa tygodnie, po których drugi rok
przeniesiono do lepszego akademika. Zostałem sam. Na trzy dni. Potem
przyszedł Jarek. Po nim Misiek. Potem Jarek poszedł do tego pokoju,
z którego ja na samym początku przyszedłem. Zostaliśmy z Miśkiem
sami. Na sekundę, po której dołączył do nas Krzysiu. Który był
gruby i z Lublina.


Pierwszy rok studiów w akademiku to
duże wyzwanie dla młodego człowieka. Nowa szkoła, w której
gnębią straszliwie (pierwszy rok na Polibudzie to była rzeź
niewiniątek), nowe miasto, nowi ludzie, dziewczyna na odległość,
mama i jej ciepłe obiadki oraz pralka z dala. Kurwa, co robić???

Dać sobie radę i się dostosować.
Tak zrobiła większość.

Albo mieć w dupie niesprzyjające
okoliczności i zostać sobą. Tak zrobili nieliczni socjopaci, w tym
i Krzysiu.


Galeria dziwnych typków z pierwszego
roku moich studiów jest naprawdę imponująca. Wyróżniali się.
Najlepiej, z oczywistych powodów, poznałem Krzysia. Ale do dziś
nie zapomniałem o:


Tandeciarzu – notorycznym kłamcy,
który był właścicielem zakładu jubilerskiego, byłym
franciszkaninem, specjalistą od tarota (Nie dotykaj moich kart!!!) i
każdego innego kitu, który sobie wymyślił.


Kociaku – słynącym z dwóch
srebrnych zębów w górnej szczęce. Kociak miał problem z
kontaktami z płcią przeciwną. Jakoś sobie z tym problemem na
własną rękę radził, choć swym zachowaniem, nad ranem zwłaszcza,
nie wzbudzał entuzjazmu wśród kolegów z pokoju. Swego czasu
zyskał ksywę Górnik.

Prysznice w akademiku znajdowały się
w suterenie. Damskie i męskie, z osobnymi wejściami, przedzielone
murkiem niewysokim. Lepiej wytrenowani wspinali się pod sufit
kąpiące się dupy podglądać. Kociak jako lichy atleta postawił
na spryt. Stalową nogą od krzesła noc całą na przodku fedrował.
Urobek był lichy i dziurka w ścianie niewielka. Dziewczyny kapslem
od szamponu zatkały. Bezlitosne suki!!! Tak nieboraka w konia
zrobić!

Ale ksywa od fedrowania pozostała.


B. – ten miał schizofrenię
autentyczną. I też problemy z dziewczynami. Poruchać chadzał do
pobliskiego motelu, w którym zamieszkiwali Rosjanie handlujący na
ulicach stolicy badziewiem przeróżnym. Po pracy mężowie za
naprawdę przystępną cenę oferowali usta i waginy swych żon. B.
korzystał z okazji. Opowiadał też swego czasu o wizycie w Peep
Show. Siedział na krzesełku, koło którego postawiono paczkę
chusteczek higienicznych. Tuż przed nim, za szybą, tańcowała
panna. Tańcowała, tańcowała i nim zdążyła ściągnąć majtki,
opadła kurtyna. B. zgłosił reklamację (Nie pokazała pizdy!!! –
cytat) u właściciela. Reklamację uznano! Show powtórzono, tym
razem ze szczęśliwym i satysfakcjonującym klienta finałem.
Opowiadał o tym z dumą. W czasie wakacyjnych praktyk, gdy był już
na aucie, wywalony z uczelni, ale w akademiku jeszcze mieszkał,
skarżył mi się w kuchni (wspólne były na piętrach), że od
warszawskiej wody łeb mu się kwadratowy zrobił. A potem zwariował
już na maksa.


Kurczę, jak się nad tym zastanowić,
to pełno pierdolniętych ludzi w życiu spotkałem… I dziwnych
takich.


Kiedyś przez miesiąc (z przerwami na
przepustki) mieszkałem w szpitalu. Wieczorami zwiewałem do Lepszej
Połowy, ale dnie całe spędzałem z kolegami z pokoju. Pokój był
dwuosobowy, kolegów przewinęło się trzech. Dwóch to byli
staruszkowie. Super mi się z nimi stosunki układały. Wzorowo.
Potem zamieszkałem z kryminalistą, którego z aresztu na leczenie
zwolnili. Facet był niewiele ode mnie starszy. Po pierwszych
oględzinach uznał, że inżynierek jest spoko. I do grypsery
próbował wciągnąć. Bo koleś cały czas coś knuł i zachowywał
się jakby dalej był w więzieniu, a pielęgniarki były klawiszami.
Wywalili go w końcu ze szpitala. Była tam też taka młoda
dziewucha, która pożyczyła ode mnie na wieczne nieoddanie 10 zł.
Niewiarygodnie brzydka i głupia. To były czasy przedkomórkowe. Gdy
Lepsza Połowa dzwoniła na oddział, na aparat na korytarzu i akurat
moja „koleżanka” odebrała, rozlegało się głośne
„Jyyyygor!!!”. Opowiadała mi ta panna, jak to u nich we wsi taki
jeden głupek był, który za sklepem, w biały dzień, sukę (samicę
psa) pieprzył. Słowo honoru! Taką mi historię opowiedziała!!!
Nie udało się jej mnie zgłuszyć, ale 10 zł zajumała!

Obok w pokoju mieszkał autentyczny
świr. Te świry to dziwne są. Facet był rąbnięty, ale czytał
takie książki, których 95% „normalnych” by nie zrozumiała. I
z sensem o nich mówił. Chociaż ciężko się było z nim
porozumieć, bo w dziwnym Matrixie mieszkał. Naprzeciwko mieszkał
upośledzony niemowa. I ja wcale w wariatkowie nie byłem. Choć tak
się czułem. To pulmonologia była. Taki wiersz napisałem wtedy. Bo
ja wtedy wiersze jeszcze pisałem. Mową wiązana przedstawię. Śmiać
mi się dziś chce z tego, że ja kiedyś poezją nazywałem pewne
teksty tylko dlatego, że pisane były małą literą, bez znaków
przestankowych i najwięcej po 6 słów w jednej linii. Gówno tam
nie poezja.


„Ten z pokoju obok kolejną godzinę
szura kapciami po zimnej posadzce i bełkoce swą nieustająca naukę
o Cholernie Ważnych Sprawach. Niemowa z naprzeciwka znowu krzyknął,
ale jego i tak nikt nie zrozumie. A wariat z końca korytarza wciąż
śpiewa sprośna piosenkę. Personel smacznie śpi. Rano zagna ich do
łóżek.”


No i w zasadzie tak właśnie było,
poza tym, że personel zamiast spać się bzykał. Ordynator straszny
pies na kobiety był, a pielęgniarki… No jak to pielęgniarki…
Dobra, wracam do Krzysia, bo mi się tu jakiś burdel robi.


cdn.
rymasz

Kaczyńscy walczą o jak najsilniejszą pozycję Polski w Europie.

Skurwysyny i zdrajcy mają inne priorytety niż silna Polska w Europie.
Dla zdrajców nie ma innej kary niż czapa.

Przygłupy w dalszym ciągu nie wyciągają wniosków.

Przygłupów jest większość.

Igor

ChWDD

45 komentarzy

Studentem będąc w każde wakacje na dwa miesiące wyjeżdżałem do Bawarii w celu zarobienia pieniędzy, które przepijałem potem w czasie trwania roku akademickiego. Prace wykonywane przeze mnie na obczyźnie były proste i polegały np. na obsłudze zmywarki do naczyń albo przekładaniu leżakujących serków z jednego boku na drugi. Osiem godzin pod rząd tej beznadziejnej i masakrującej szare komórki roboty otumania niewiarygodnie, mówię Wam. Nie ma nic gorszego niż nudna i monotonna praca.

Jeździliśmy do tej Bawarii w w miarę stałym składzie i w w miarę stałym składzie sobie mieszkaliśmy i spędzaliśmy razem wolny czas. Wszystko na miejscu przygotowywała nam nasza bawarska przyjaciółka Ingrid. Tego lata, którego poznaliśmy Dirka, mieszkaliśmy razem z Kędziorem i Efcią w mieszkanku Państwa T. Kędzior i Efcia w jednym pokoju, Rymasz w drugim, a w trzecim mieszkał Dirk. Dirk był elementem zastanym – wynajmował pokój na stałe.
Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny Dirka, to był archetypicznym wzorcem enerdowca. „Krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie” jak to genialnie i lapidarnie wyraził Kazimierz, syn Stanisława. Do tego był konusem. Nie muszę dodawać, że był brzydki jak pleśń na gównie, prawda? To znaczy on był brzydki jak na nasze standardy. Bo na miejscu to on się niczym szczególnym nie wyróżniał. Tam ulice pełne są takich Adonisów.
Państwo T. na temat naszego współlokatora nie powiedzieli nam za dużo. On sam twierdził, że jest kierowcą ciężarówki, tylko sobie akurat odpoczywa i rzadko w trasy jeździ. Ja mu uwierzyłem. Czemu miałem nie uwierzyć?
Z rzadka Dirka odwiedzała przyjaciółka w wieku lat pięćdziesięciu tak na oko. Większość czasu Dirk, spędzał samotnie, zamknięty w swoim pokoju. Podejrzewam, że przez większość czasu tej większości czasu oglądał pornole, których miał pokaźną kolekcję i brechtał bertolda. Wyglądał na takiego właśnie typka.

Alkoholicy do perfekcji opanowali sztukę kamuflażu. Możesz nie spuszczać z alkoholika oka przez kilka godzin, możesz być pewnym, że kontrolujesz każdy jego ruch, po to tylko, by na koniec dnia zadziwić się niesłychanie kiedy i jak ten pilnie obserwowany przez cały dzień pijak zdążył się do nieprzytomności nawalić. Alkoholicy mają swoje sposoby puszczania zasłon dymnych i zmylania przeciwnika. Wódę mają pochowaną w najróżniejszych miejscach, a pić potrafią naprawdę dyskretnie. Coś wiem na ten temat.

Dirk nie interesował nas za bardzo. Snuł te swoje gawędy o wyprawach swoją ciężarówką i opowiadał oczywiste łgarstwa o swoich rozlicznych koneksjach, znajomościach i fantastycznych przygodach. Ależ on niesamowitych ludzi znał, w jakich miejscach nie był, czego nie robił. A ja mu wierzyłem. No załamać się można. Poza tym, że gadał zabrał nas raz na jakąś samochodową wycieczkę. Ja już nawet nie pamiętam gdzie my byliśmy. Pamiętam tylko jak opowiadał, że świetnie zna bohaterów kultowego niemieckiego serialu „Klinika w Schwarzwaldzie”. Wszystkich ich znał, z facetami na browca chadzał, kobiety regularnie bzykał, czy coś w tym guście.

Podobnego kolesia poznałem w akademiku na pierwszym roku studiów. Facet miał jak ja coś koło dwudziestu lat i miał zakład jubilerski, kilka lat spędził u franciszkanów w zakonie, objechał świat pięć razy dookoła, walczył w Wietnamie i co tam jeszcze mu do łba wpadło. Trochę przeginam wymyślając, bo zwyczajnie nie pamiętam tych wszystkich fantazji, a nie ma to najmniejszego znaczenia. Ot bajarz był i tyle, z tą różnicą, że tego bajarza bez trudu rozgryźliśmy i wysłuchiwaliśmy po to tylko, żeby się ponabijać potem.

A ch.. mu w dupę Dirk zdołał mnie nabrać. Poważnie.

Razu pewnego potrzebował pilnie 200 marek pożyczyć. Na dzień, dwa, bo zaraz przelew dostanie. Kto mu pożyczył? No pewnie, że Igor!

Dzień czy dwa przeciągnął się do tygodnia czy dwóch. Ciut zacząłem się niepokoić. Rychło w czas…

Był upalny weekend. Siedzieliśmy sobie z Kędziorem, Krisem, który należał do „paczki”, pracował z nami, ale mieszkał gdzie indziej, bo u Państwa T. już miejsca nie starczyło oraz naszą bawarską przyjaciółką Ingrid. Efcia była w pracy. Wygłupialiśmy się, graliśmy w karty, popijaliśmy w naprawdę niewielkich ilościach piwko i winko. Ogólnie świetnie się bawiliśmy. Dirk siedział zamknięty u siebie w pokoju i brechtał bertolda. Jak się okazało nie tylko.

Drzwi do pokoju Dirka otworzyły się z dramatycznym choć nieco ślamazarnym impetem. W drzwiach dramatycznie choć nieco chwiejnie stanął Dirk. Coś tam pisnął, czym przywołał nas na miejsce. Następnie dosyć niewyraźnie poinformował nas, że właśnie przedawkował kokainę, błysnął białkami, dramatycznie i tym razem dynamicznie rąbnął na podłogę, dostał paskudnie wyglądających drgawek, a spod obciachowego wąsika zaczął toczyć białą i gęstą pianę. Zupełnie jak ubite białka na bezy, no mówię Wam.
Oniemieliśmy.
Jedyne co wpadło nam do głowy to ułożyć Dirka w pozycji bocznej ustalonej, udrożnić mu przewód oddechowy i zawezwać pogotowie. Ja nie byłem wtedy zbyt oblatany po technikach udzielania pierwszej pomocy. Tyle co z PO niestety człowiek tylko pamiętał, a to bardzo źle, bo moim zdaniem KAŻDY obywatel tego kraju powinien być REGULARNIE szkolony z technik udzielania pierwszej pomocy. Chyba z tego osobna notkę zrobię.
W każdym razie do czasu przyjazdu karetki (kilka minut) Dirk leżał na boku, nieapetycznie drgał i toczył tę białą pianę.

Przyjechała karetka. Profesjonalizm ekipy zupełnie nas zauroczył. Mówię Wam, zawodowcy w każdym calu. Zajęli się Dirkiem jednocześnie zbierając informacje od nas. Całe szczęście, że Ingrid z nami była, bo samym trzem młodym Polakom to pewnie by mniej uwierzyli. Zbadali mu oczy i zawyrokowali, że to w żadnym wypadku nie była kokaina. „Co brałeś” spytali Dirka. „Haszysz…” wyszeptał Dirk. „Nic z tego” stwierdził lekarz po kolejnych oględzinach oka „Co brałeś?” zapytał ponownie. „Amfetaminę?” zaproponował Dirk słabym głosem. „Wykluczone. Co brałeś?”. Dirk zamilkł. Załadowali go na nosze i wynieśli. Dirk już z noszy wyszeptał do nas, że w zamian za naszą obywatelską postawę on w razie swojej śmierci pozostawiał cały swój majątek znajdujący się w jego pokoju do naszej dyspozycji. I odjechał do szpitala.
Wieczorem, wypiwszy więcej już piwek i winka, zbadaliśmy ten majątek dokładnie. Pokaźna kolekcja pornoli i zasadniczo nic więcej poza baterią pustych butelek po tanich winach i wódkach.
Dirk zwyczajnie zachlał. Chlał zresztą dzień w dzień, mało jedząc. Mówię wam, robił to w mistrzowski sposób. Nawet się nie domyślaliśmy. A tego dnia po prostu z deczka przegiął. No samym chlaniem człowiek nie wyżyje. Czasami trzeba czymś zakąsić.

Państwo T. zrobili wielkie kwadratowe oczy, gdy zdaliśmy im relację z zejścia Dirka oraz z jego niewiarygodnych opowieści. Okazało się, że Dirk od kilku już miesięcy zalega z czynszem i jest od dawna bezrobotny. Z roboty wywalili go za chlanie. Państwo T. zachowali się moim zdaniem wyjątkowo wobec nas nie w porządku nie mówiąc nam tego wcześniej. No cóż…

Dirk wrócił następnego już dnia. Blady, ale chodził samodzielnie. Podziękował za uratowanie życia. Wyraził skruchę. I zamknął się w pokoju.
Następnego dnia pojechaliśmy do pracy. Gdy wróciliśmy zastaliśmy pusty pokój Dirka. Po nim samym ślad zaginął. Po moich 200 DM również…

Ch.. ci w dupę Dirk, ale dzięki za tę lekcję moralną, dzięki której czegoś się nauczyłem.
Nigdy nie pożyczaj pieniędzy nieznajomym.
Tak dużej kwoty już potem nie straciłem. Tylko niewielkie. Naprawdę mniej boli.

rymasz

Nie opłaca się być dobrym człowiekiem. A już ufać nieznajomym to najgorsza głupota jaką człowiek może zrobić.
Ludzie to chuje. Kobiety też, tylko cycate.
„People just ain’t no good” śpiewał Nick Cave w pięknej piosence. Włączcie sobie – obrazki nieistotne, piosenka śliczna.

Ludzie po prostu nie są dobrzy. Święte słowa. Kto ma miękkie serce musi mieć twardą dupę. Itd, itp. Ufni i biorący słowa innych ludzi za dobrą monetę prostaczkowie mają w życiu przerąbane. Teoria gier tak naucza. Gdzie się nie odwrócą dupa zawsze z tyłu i ktoś im tę dupę skopie.

Miałem kiedyś ten problem. Nie umiałem kłamać i przez to nie umiałem poznać, kiedy ktoś mnie okłamuje. Przeszło mi, gdy zacząłem po studiach na poważnie i zawodowo pracować, bowiem w pracy ta moja prawdomówność kulą u nogi mi była. W pracy trzeba cały czas kłamać. Teraz dużo negocjuję i nagminne kłamanie nazywa się „taktyką negocjacyjną”. Niech będzie. Tak czy siak kłamać się musiałem nauczyć.

To jest dowód na sprawczą siłę słów i pojęć. Zapamiętajcie to, bo mało kto sobie z tego sprawę zdaje.
Rzeczy nie są takimi, jakimi są. Rzeczy są takimi, jakimi ktoś je nazwał.
Jeśli ktoś kłamstwo nazywa „taktyką negocjacyjną”, to kłamstwo przestaje być kłamstwem.
Jeśli ktoś zboczenie nazywa „opcją seksualną”, to zboczenie przestaje być zboczeniem.
Jeśli ktoś morderstwo nazywa „przywróceniem miesiączki”, „przerwaniem ciąży” lub „aborcją”, to morderstwo przestaje być morderstwem.
Jeśli ktoś skurwysyna nazywa autorytetem, to skurwysyn przestaje być skurwysynem.
No dobra, pierniczę i mądrego próbuję udawać. Wracamy do tematu.
Tak czy siak kłamać się musiałem nauczyć.

Ale zanim to nastąpiło parę razy spektakularnie i boleśnie w dupę za naiwność zebrałem.

Najlepszą nauczkę dostałem od Dirka.
Chwała Dirkowi za danie mi nauczki. Poważnie.
Bo przecież „To, co się dzieje, nie jest ważne. (…) Ważna jest natomiast lekcja moralna, jaką możemy wyciągnąć z wszystkiego, co się dzieje” jak nauczał John Steinbeck w „Tortilla Flat”.
Ja swoją lekcję moralną wyciągnąłem.
Opiszę tę przygodę w następnym poście.

rymasz


  • RSS