Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 5.2007

Ciąża rodziców zbliża. Oczywiście o ile są normalnymi zdrowymi ludźmi, którzy są ze sobą bo się kochają i chcą razem wychowywać dzieci. Inne przypadki mnie nie interesują. Nie mój problem.
Razem jeździliśmy do lekarzy, przeżywaliśmy te same emocje widząc zarys ciałka naszego dziecka na USG, razem stawaliśmy się ekspertami jeśli chodzi o dziecięce wózki…
I razem rodziliśmy.
Przez ostatnie tygodnie często pocieszałem Olę. „Zobaczysz kochanie, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Będziemy mieli zdrową rumianą córę i szczęśliwie urodzimy”. Ola zawsze odpowiadała mi ostatnim zdaniem z pewnego kawału:
Przyjeżdża chłop wozem do wsi położnej na samym szczycie wysokiego pagórka i woła:
- Węgiel przywiozłem!
Na to koń, który ciągnął wóz odwraca się i mówi:
- Tak, kurwa, ty przywiozłeś.
Mieliśmy jeszcze jeden tekst na koniec ciąży. Pamiętacie początek Shreka 2, gdy Fiona, Shrek i Osioł jadą w odwiedziny do rodziców Fiony? Przez całą podróż upierdliwy Osioł wkurwia Fionę i Shreka zadając pytanie „Daleko jeszcze?”. Na koniec ciąży wkurwiają tak wszyscy: rodzina, przyjaciele, znajomi z pracy. Każdy kto cię spotyka i kto do ciebie dzwoni pyta dokładnie o to samo. „Daleko jeszcze?”
Niestety znalazłem tylko fragment po angielsku. Pierwsze 2,5 minuty. „Are we there yet?” ;-DDD

Jeśli jakiś mędrek próbuje wam wytłumaczyć, że tradycja uczy, że należy rodzić w domu, to proponuję go spuścić po schodach. Do rodzenia dzieci są specjalistyczne oddziały w szpitalach, pełne ludzi, którzy znają się tylko na rodzeniu dzieci oraz aparatury, przeznaczonej wyłącznie do pomocy w przypadkach, gdy nie wszystko przebiega jak powinno. W domu tego nie ma.
Acha, z mędrcem, który namawia was do pobrania krwi pępowinowej i płacenia comiesięcznej daniny za jej przetrzymywanie zróbcie to samo. Za wsiarz i kopa w dupę. Jeszcze gorszy niż ten pierwszy, który robi to co robi tylko z głupoty. Ten drugi to cyniczny naciągacz.
Dobra, kończę z tą nieznośną manierą wszystkowiedzącego błazna.

Chcieliśmy rodzić na Karowej. Żeby urodzić na Karowej trzeba mieć szczęście. Żeby mieć szczęście, to trzeba mu pomóc. Pomogliśmy.

W poniedziałek wpadliśmy tam w zasadzie na chwilę na przegląd ciężarówki, ale tak już jakoś nam się zostało i o 20:04 wykluła się Lenka.

Opisywać porodu nie mam najmniejszego zamiaru. Z praktycznych porad powiem tylko, ze nie wyobrażam go sobie bez opłaconej położnej oraz bez znieczulenia zewnątrzoponowego.
Niestety Lepszej Połowie się to znieczulenie ciutkę opóźniło, bo w polskich szpitalach raczej niespotykana jest sytuacja, gdy znudzony anestezjolog szwęda się po szpitalu i szuka sobie zajęcia. Jedyny w tym dniu i o tej porze anestezjolog na Karowej miał w czasie gdy rodziła się Lenka cesarskie cięcie bliźniaków i dlatego Ola musiała trochę dłużej pocierpieć.
Naprawdę współczuję tym nieborakom, którzy nie wpadli na pomysł (albo może zwyczajnie nie było ich stać – 1.000 zł), by zakupić asystę położnej. Ola była cały czas po opieką, a reszta rodzących w tym czasie kobiet tak sobie leżała i się rozwierała, a raz na pół godziny ktoś sprawdzał, jak im to rozwieranie idzie. Biedni mężowie stali jak te kołki i nie wiedzieli co robić. Ja zresztą też tak stałem, ale przynajmniej byłem na bieżąco informowany co się dzieje. Najszczęśliwszy byłem w chwilach, gdy kazano mi coś podać lub coś gdzieś wyrzucić czy zanieść. Czułem się wtedy potrzebny. Lepsza Połowa twierdzi, że sama moja obecność była ważna. No cóż, jestem w stanie uwierzyć, że w obliczu tego bólu jakim jest poród naprawdę ma to znaczenie.
Pod sam koniec oprócz położnej pojawiła się lekarka. Było nas zatem czworo.
W chwili gdy na świecie pojawiła się główka Lenki zrobiło się nas czworo i pół. Potem nastąpiła sekwencja zdarzeń, której nie ogarniam rozumem do tej pory.
Na świecie pojawiła się cała Lenka. Przyszła na świat z krzykiem. Jeszcze nie przypominała człowieka. Była cała fioletowa i pokryta dziwną mazią. Położna spytała mnie, czy tnę pępowinę. Wcześniej odbyliśmy na ten temat krótką rozmowę i zapewniłem, że nigdy nie miałem ambicji zostania chirurgiem i o ile pokrojenie kawałka martwego mięsa np. na kotlety nie stanowi dla mnie problemu o tyle niekoniecznie mam ochotę kroić mięso żywe. Ale gdy przyszło co do czego to jednak przeciąłem.
W tym momencie zrobiło się nas pięcioro.
W chwilę potem do naszej Sali porodowej wpadło dwoje kolejnych lekarzy, pielęgniarka oraz salowa.
Było nas dziewięcioro.
Położna płynnym ruchem podała naszą córkę do pielęgniarki, ta przejęła podanie, przekozłowała do rogu sali. I przekazała Lenkę lekarzowi. Ten zrobił piwot, podrzucił ją do góry, przełożył pod nogą, powywijał nią w powietrzu, zakręcił na palcu i ogłosił, że ma 10 pkt. w skali apgar. Kozłem podał ją do pielęgniarki, która wywróciła ją na druga stronę, zrobiła nią fikołka oraz salto i obwieściła, że dziecko ma 54 cm oraz waży 3640 g.
Lepsza Polowa w tym czasie uczestniczyła w dogrywce polegającej na rodzeniu łożyska i szyciu.
Ja stałem jak kołek. Moje spojrzenie przyklejone było do maleńkiego ciałka córeczki niczym poxipolem. Nie dało rady go oderwać. Córeczka bowiem zdążyła zamienić się w człowieka. Otarli ją ze śluzów, a jej ciałko zrobiło się różowiutkie.
Wtedy do akcji wkroczyła salowa, która brutalnym atakiem ciałem przesunęła mnie z miejsca w którym stałem z tekstem „Stanie taki i się nawet nie ruszy, posprzątać nie można!”.
Pielęgniarka zawinęła Lenkę kocykiem w zgrabny krokiecik.
Wiuuuu, w jednej chwili połowa towarzystwa wyparowała.
Nad Lepszą Połową, wciąż pod opieką położnej pastwiła się pani chirurg.
Było cicho.
Igor podszedł do pojemniczka, w którym leżał tajemniczy krokiecik…

Igor

Ciąża stanowi preludium przed porodem. To, co najbardziej dla faceta w ciąży zastanawiające, to niesamowity wręcz wzrost jego tolerancji na różnego rodzaju zachcianki jego kobiety.
Bo kobiety w ciąży pomysły mają różne i polemizować bym z nimi raczej nie zalecał. Ale o ile w czasie okresu facet na występy swojej pani reaguje irytacją, o tyle w ciąży zamienia się w jej posłusznego giermka.
Wszelkie mądre podręczniki nauczają, że w czasie pierwszego trymestru ciąży kobieta może mieć częste mdłości, może być osłabiona, cierpieć na bezsenność, może mieć różne dziwne zachcianki kulinarne.
W drugim trymestrze powinien za to nastąpić nagły wzrost energii życiowej. Sił powinna ciężarówka nabrać więcej niż przed zaciążeniem.
Trzeci trymestr za to znowu jest męczący. Kobiet jest ciężka, ma duży niewygodny brzuch, który nie pozawala się wyspać, mały człowiek uciska po kolei na wszystko co tam mają kobiety pochowane w środku. Ogólnie kobiety stają się sentymentalne, raczej płaczliwe, chciałyby już urodzić, choć z drugiej strony się boją, czy dadzą radę. Powoli, ale konsekwentnie moszczą gniazdko przygotowując je na przyjęcie potomka.
Moja rada dla wszystkich przyszłych rodziców brzmi: czytajcie wszelkie poradniki! To są prawdziwe prawdy objawione! Jest dokładnie tak, jak głoszą!!!
No bo zauważcie, że jeżeli w mojej grubej i mądrej książce jest napisane: „Na świat przyszło twoje dziecko – maleńka istotka, na którą czekałaś z niecierpliwością dziewięć długich miesięcy. Trzymając swoje słodkie zawiniątko w ramionach, na pewno odczuwasz lawinę emocji, często sprzecznych i zmiennych, od podekscytowania i radości, po obawy i zwątpienie w siebie. (…) Pamiętaj, że najważniejszy punkt instrukcji brzmi: „Kochaj swoje dziecko”. (…) Wertując kartki, nie zapominaj, że przede wszystkim masz się kierować najważniejszym źródłem wiedzy: instynktem.”, to to jest święta prawda. Jeśli jesteś socjopatą(ką), który(a) nie kocha swojego dziecka, to jesteś złym mutantem i z korzyścią dla gatunku będzie cię wyeliminować. Koniec kropka.
Nie jestem pewny, czy kobiety, które ciążę przechodzą inaczej niż opisano w podręcznikach to też mutantki, ale mimo wszystko zalecałbym ostrożność. Pamiętacie „Gatunek”? ;-DDD
Lepsza Połowa robiła wszystko tak jak kazały mądre podręczniki.
W pierwszym trymestrze była zmęczona i miała niezłe pomysły kulinarne. Najciekawsze w nich było to, że to nie były takie jakieś bliżej nie sprecyzowane zachcianki, w stylu: „Zjadłabym coś słodkiego”. O nie, nie. Pragnienia Oli były precyzyjne jak laser neurochirurga.
Przykład pierwszy. Wracam z fabryki. Telefon. „Pamiętasz kochanie, jak mieszkałeś w akademiku, 12 lat temu, to tam, obok Hali Kopińskiej, była taka pizzeria, do której mnie zapraszałeś czasami, jak ci się nie udało całej kasy przepić i wydać na dziwki? I oni tam mieli taka pizzę z krewetkami i majonezem. God Father się nazywała. Proszę…”. No i przesiadałem się szybko do innego tramwaju i spotykaliśmy się na miejscu. Niezłe nie? Smak sprzed ponad dziesięciolecia.
Albo inny przykład. Wieczór. „Kochanie proszę, idź na stację i kup mi galaretkę owocową i czekoladę z okienkiem, tylko dużo orzechów żeby miała, bo ja chcę tylko orzechy wyjeść”. To idę. Galaretki są w trzech smakach. Biorę wszystkie. I dobrze wiem co robię. Po powrocie prezentuję zakupy, po kolei wyjmując galaretki. „Wiśniowa”. Ola mówi „No dobrze”. Ja na to: „Spoko, mam jeszcze pomarańczową”. Ola: „No dobrze, a agrestowej nie było?”. Ufff, uratowany, mam i agrestową…

W drugim trymestrze jeździliśmy za zakupy i potem skręcałem wszystkie te półki, składałem pudełka, i starłem się nie wchodzić na linię strzału, bo wzrokiem za żoną nie mogłem nadążyć, w takim tempie zasuwała.

W trzecim trymestrze z utęsknieniem czekaliśmy razem na szczęśliwy koniec, ale ja potrafiłem się zachować jak skończony kretyn.
Pewnego wieczoru opowiadałem Oli historię koleżanki z pracy (ja z moimi koleżankami z pracy wielogodzinne rozmowy na temat ciąży i rodzicielstwa przeprowadzam regularnie), która też na Karowej rodziła i którą po porodzie położono w jednej sali z dziewczyną, której dziecko nie dość, że z wadą serca, to jeszcze niewidome się urodziło (to się po kilku dniach okazało). Opowiadam to Oli w celu pokazania, jacy głupi ci lekarze, bo kobietę ze zdrowym dzieckiem kładą w sali razem z kobietą z dzieckiem chorym. I jedna cały czas płacze i zazdrości, a druga się stresuje, bo z jednej strony strasznie współczuje i chciałaby pomóc, ale z drugiej strony jest szczęśliwa, że jej dziecko jest zdrowe. Opowiadam, patrzę na Olę i co widzę? Spojrzenie jak u tego kota ze Shreka i wielkie łzy zasuwające po policzkach. Bo o czym moja kochana żona myślała, gdy jej głupi mąż jej opowiadał tę historię? „Żeby tylko nasze było zdrowe. A co jak będzie chore jak tamto?”. Oj, niewygodnie tak się do własnej głupoty przyznać, ale co będę ściemniał? No trzeba być po prostu tumanem, żeby takie historie żonie w ósmym miesiącu ciąży opowiadać. Na szczęście ja się jeszcze umiem uczyć na błędach…
Ale preludium wreszcie się kończy i następuje kulminacja, czyli…

Igor

W zamierzchłych czasach, gdy zaczynałem pisać na tym blogu, wrzucałem tu tylko rymowanki, a’la ludowe przyśpiewki i dykteryjki o dupie Maryni. Potem zaczęły się pojawiać lakoniczne scenki z życia Oli i Igorka, relacje z dłuższych i dalszych podróży, wspominki czasem zabawne oraz dywagacje filozofa samouka na tematy przeróżne. Rymowanki są teraz sporadycznie, dykteryjki fabularne jeszcze rzadziej. No taki normalny blog się zrobił, w którym coraz więcej o naszym życiu piszę. Tyle szczegółów ujawniłem już, że detektyw z ilorazem Foresta Gumpa by nas na ich podstawie bez trudu namierzył. Ale jest mi o tyle łatwo, że czuję się tu intymnie. Niepopularne to miejsce. Są tu moi kumple, znajomi, a tym, których znam jedynie z nicka i tego co napisali o sobie w internecie jakoś tak ufam, bo idiota i zły człowiek długo by w tym miejscu nie wytrzymał. Z tego też powodu nie obawiam się tych kilku czytelników nie komentujących.
A propos zaufania, stillman, co jest, naściemniałeś i co?
Lubię opowiadać, a jakby nie patrzył to właśnie na temat mojego życia mam cokolwiek z sensem do powiedzenia. „Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono”. (Wierszami Szymborskiej zachwycałem się jeszcze jako gołowąs. Pierdolę jej stalinowskie panegiryki i polityczne wybory. Piękną poezję pisać potrafi.).

Będzie osobiście. Bardzo.
I szczerze.
Mam dla Was opowieść.
Bo właśnie się dowiedziałem, w jaki sposób fakt, że się zostało ojcem, hierarchizuje priorytety w życiu. Tak przy okazji to właśnie używanie takich zwrotów jak „hierarchizować priorytety” skutecznie odstrasza stąd idiotów.
To będzie zdaje się dłuższa opowieść. Na kilka notek. Długość też skutecznie kretynów eliminuje. Najpierw trochę pościemniam, zanim do sedna dojdę…

* * *

Bóg Jahwe obiecał kobietom: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą.”. Niestety jedynie część tej obietnicy spełnił. Tę pierwszą.
Kobiety rodzą w bólu. Swoje pragnienia zaś kierują ku Johnnyemu Deepowi. I to żony panują nad swoimi mężami, a nie odwrotnie.
Ale naprawdę rodzą kurwa w tak zajebistym bólu, że Bogu Jahwe należy się solidny opierdol, za to, że tak a nie inaczej sobie to wymyślił, sadysta jeden. Ponieważ nic nie wskazuje na to, że jakiś Bóg istnieje, to raczej nie będę miał okazji, żeby go osobiście opierdolić, ale daję słowo, że jako beznadziejny było nie było inżynier, mam kilka godnych przemyślenia rozwiązań. Na pierwszym miejscu mojej listy jest suwak od pępka do cipki, z możliwością otwarcia w dziewiątym miesiącu ciąży. Proste, nie?
Dzięki Bogu wścibscy ludzie ciutkę Bogu Jahwe w chytry plan co nieco zaingerowali, wymyślając na pohybel bólowi znieczulenie zewnątrzoponowe.
Oczywiście samice Homo Sapiens rodzą w bólu nie dlatego, że domniemany kreator jest mściwym i bezlitosnym sadystą. Nie sposób powiedzieć niczego na temat domniemanego kreatora, skoro nie ma nawet pewności, czy w ogóle istnieje, zatem nazywanie Go mściwym sadystą jest tak samo nieuzasadnione jak nazywanie Go kochającym ojcem. Ale ja nie o tym przecież. Kobiety rodzą w tak wielkim bólu dlatego, że ewolucja jest jeszcze gorszym inżynierem niż ja. Przyjęcie pionowej postawy, czyli po prostu stanięcie na tylnych łapach, pozwoliło naszym przodkom na używanie łap przednich do tworzenia wszelkiego rodzaju narzędzi, oraz spowodowało niekorzystne dla porodu zmiany w budowie miednicy oraz kanału rodnego. Dodatkowo do tych manualnych igraszek potrzebny był skomplikowany i duży mózg. Wraz z mózgiem urosnąć musiała czaszka. Ludzkie dzieci rodzą się niesamodzielne i częściowo rozwinięte. Muszą się takie urodzić, bo gdyby dojrzewały dłużej w macicy, to ich wielkie głowy uniemożliwiłyby im przyjście na świat przez za małą dziurkę w miednicy. I tak przez to, że ludzie są tacy cwani, kobiety musza się tak bardzo męczyć podczas porodu. Gdyby ewolucja była dobrym inżynierem, to by po prostu dodatkową parę kończyn dodała (jak u centaura), zamiast człowieka pionizować. I po kłopocie, nieprawdaż? Ale nie dodała i trwająca aż 9 miesięcy ciąża kończy się narodzinami dziecka wyposażonego w kilka zaledwie odruchów.
A taki osesek antylopy to już po godzinie jogging uprawia…

Igor

Jedno kruche, maleńkie, świeżutkie.
I dwa odrobinę już zużyte, ale całkiem na nowo rozpoczęte.

Igor

Czas jakiś temu obiecałem opowiedzieć w kąciku o mojej wizycie na spotkaniu Anonimowych Ateistów w Starej Prochowni w Warszawie. Długo mi schodziło (od lutego), ale lepiej późno niż wcale.

„Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów i Towarzystwo Humanistyczne
zapraszają na dyskusję:
Ateista w społeczeństwie polskim. Granice kompromisu
- o problemach i tym jak sobie z nimi radzić?
- jak odnosić się do wierzących?
- czy akceptować elementy tradycji religijnych w swoim życiu czy może tworzyć własne?
- czy jesteśmy dyskryminowani?”

Dzięki wizycie na tym spotkaniu dowiedziałem się, że walczący ateista mentalnie niczym nie różni się od religijnego fanatyka. Ja tych ludzi świetnie rozumiem (sam jestem przecież ateistą), zgadzam się z nimi w wielu rzeczach, ale identyfikować się z nimi jakoś nie potrafię. Dla nich sprawa wiary jest najważniejszą rzeczą w życiu. Są tak głęboko przekonani o tym, że mają rację nie wierząc w Boga, że walczyć za sprawę do krwi ostatniej kropli z żył są gotowi.

Generalnie dyskusja krążyła wokół tematu prześladowań nas ateistów przez teistów oraz sposobów walki z terrorem. I na tym polega problem. Bo ja swojego ateizmu nigdy przed nikim nie kryję. I nikt, no ani jeden, mnie nie prześladuje z tego powodu… Jest oczywiście pełno głuptasów, którzy nijak nie potrafią pojąć, że można nic a nic nie wierzyć w Boga i w dalszym ciągu być takim fajnym facetem jak Igor, ale z realną agresją nie spotkałem się nigdy. W internecie i owszem, ale to się nie liczy.
A na spotkaniu…

Zaczęła starsza pani. Wygłosiła płomienne kazanie na temat zakłamania Kościoła. Zachęciła do lektury „Faktów i mitów”, rozdając stosowne ulotki. Opowiedziała o akcji, którą przeprowadziła wraz z innymi towarzyszami broni. Akcja polegała na ustawieniu się w niedzielę na Starym Mieście i rozdawaniu przechodniom archiwalnych numerów „Faktów i mitów” ze zwrotów. Mieli jakiś transparenty i darli się przez megafon. W niedzielę, kiedy sporo przechodniów właśnie wybiera się do lub wraca z kościoła. I ona była oburzona, że jakieś „moherowe berety” pełnym nienawiści głosem jej groziły. Pomyślałem sobie: „A czego durna kobieto oczekiwałaś? W święty dla katolików dzień plujesz na cały regulator w centrum miasta na to, co dla tych ludzi święte i się dziwisz, że kwiatów w zamian nie dostałaś?”.

Kolejna pani opowiadała jak szykanowana jest jej córka w przedszkolu z tego powodu, że nie chodzi na religię. Dzieci ją wytykają palcami jako czarna owcę, bo jest jedyna w grupie. Pomyślałem sobie: „Masz pretensję do dzieci, o to, że zachowują się jak dzieci, czy do rodziców, którzy swoje dzieci na religię wysyłają? Żyjemy w kraju, w którym 90% społeczeństwa stanowią katolicy (lepsi lub gorsi, mniej lub bardziej świadomi), no i jak koledzy ateiści planują to zmienić???”.

Następna pani opowiadała o tym jak jej katolicy opony przebijali i gwoździem karoserię rysowali w ramach prześladowań za bluźniercze poglądy.

Potem Pan Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Humanistycznego opowiedział zabawną dykteryjkę o tym, jak lat temu kilka leżał w sali pooperacyjnej na oddziale gastrologicznym w roli pacjenta. Do sali wszedł ksiądz i zaproponował komunię. Pan Przewodniczący rozejrzał się po sali, po czym wyjaśnił księdzu: „Proszę pana, sam pan widzi, tu wszyscy po operacji przewodu pokarmowego, niejedzący, na kroplówkach. No chyba, że w formie czopka pan tę komunię zapoda”. Zebrani ateiści zdrowo się ubawili z tej opowieści. A ja dopiłem jak najszybciej trzecie piwo i poszedłem stamtąd w cholerę. Aż takim wrażliwym humanistą, to ja nie jestem.

Rymasz

„Tygodnik Ciechanowski” pismo PZPR, nr 435, 08.04.1988.
Ostatnia, dwunasta strona. Kącik poezji.

„* * *
wędruję po bezmiarach siebie
odkrywam nowe kraje
na mapie swojej duszy
i szukam różnych
bezkresnych oceanów
i mórz
rzek
lasów i nie wiem
czy na nowe odkrycia
wystarczy mi
czy wystarczy mi czasu

IGOR M.

Dzisiejszy debiutant ma – jak sam pisze – 15 lat i jest uczniem Liceum Ogólnokształcącego w Ciechanowie. Dużo o sobie napisał i przysłał 30 wierszy – zapowiadając następne. Posądzam Igor o dużą dozę dojrzałości, ale dojrzałości intelektualnej, nie poetyckiej. Dojrzałość intelektualna włożona w wiersze jego autorstwa wygląda sztucznie, bowiem autor wędruje po sferach, których nie zna – co jest rzeczą normalną, jest bardzo młody. Jednak poezja to nie science-fiction, sama wyobraźnia nie wystarcza. I dlatego mówienie, np. w wierszu Pt. „Szczęście” o cierpieniach, o twarzy skazańca, brzmi jak opowieść o koleżankach z klasy, które akurat wybierają się na lody. Podejrzewam, że zapowiadane cykle poetyckie będą miały podobny charakter, że będą obarczone podobnymi grzechami poetyckimi. W zestawie, który otrzymałem, znlzł się jednak wiersz, w którym Igor przedstawia penetracje po terenie stosunkowo dobrze znanym – po samym sobie. I wyszła prawdziwa poetycka perełka – wiersz, który prezentuję. Jest on świadectwem twórczych możliwości autora, jeśli oczywiście w parze z dojrzewaniem psycho-somatycznym szło będzie u niego poznawanie poezji, wzbogacanie wiedzy o niej – i w ogóle wzbogacanie wiedzy – bo bez tego mogą powstać ludowe przyśpiewki, nie poezja. Życzę powodzenia.

(S.Ż.)”

;-DDD
15 lat miałem, gdy wysłałem list do gazety. I przez kolejne 20 lat zamiast twórczo rozwinąć posiadany talent, ledwie kilka ludowych przyśpiewek udało mi się popełnić.

Rymasz

UWAGA! Tylko dla dorosłych! Brzydkie wyrazy!

„Telewizja, radio, prasa pokazują nam kutasa” jak głosił punkowy poeta, nie pamiętam nawet z jakiego zespołu. I miał rację!

Jedziemy z Lepszą Polową na grilla do przyjaciół, słuchając po drodze Antyradia. Trwa konkurs filmowy. Prowadzący zadają pytania, słuchacze dzwonią i odpowiadają. DJ pyta:
„Co było napisane na ścianie klubu Tęcza?”. Koleś, który aktualnie jest na linii nie wie, pytanie przechodzi na kolejnych słuchaczy. Lepsza Połowa mnie podpuszcza: „Ty, taki znawca Barei i nie wiesz?”. A ja wiem dobrze, że wiem, tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. Znacie to, prawda? Oj, jak ja nienawidzę tego uczucia. Odpowiedź gdzieś jest schowana w moim mózgu, wiem to, tylko w której szufladce? Myślę i myślę. Grymas cierpienie znaczy mą twarz. Ja strasznie nie lubię myśleć, bo mnie potem na drugi dzień zajebiście łeb nawala. Lepsza Połowa dolewa oliwy do ognia: „Oj, nie da ci to spokoju…”. Wreszcie jest! Przypomniałem sobie. „Tęcza sręcza” ogłaszam triumfalnie. Lepsza Połowa bez namysłu chwyta za telefon i wyciera numer. Dodzwania się od razu, podaje odpowiedź. Zapraszają ją na antenę. Czekamy parę minut, aż piosenka się skończy. W międzyczasie wybieram książkę, którą ma dla mnie wybrać Lepsza Połowa. Chcę „Dlaczego mężczyźni mają sutki”, czy jakoś tam podobnie. Lepsza Polowa wchodzi na antenę. I wiecie co te kutasy zrobiły? Ogłosiły, że poprzednie pytanie jest już nieaktualne, że Lepsza Połowa za odpowiedź na nie nie może odebrać nagrody i zadają jej nowe: „Jakie nazwiska mieli esesmani z grupy WOLF, którą rozszyfrował Kloss?”. O ćwoki parszywe, łobuzy, gnoje! Tak kobietę w ciąży przerobić!? A chuj ci w dupę jebane Antyradio!

rymasz

Jest takie słowo, które zostało w naszych czasach kompletnie zapomniane. Kiedyś stanowiło fundament wszelkich ludzkich zachowań, a teraz jest zupełnie nieistotne. Było najważniejsze; w jego kontekście, przez jego pryzmat, oceniano postawę człowieka. Teraz nikt się o nim nie zająknie.

To słowo to honor.

Na jakimż ostrym wirażu znalazła się nasza kultura, że to słowo straciliśmy z oczu? Ano na takim, że się potknęła, zrobiła fikołka i stanęła na głowie.

Żyjemy w takich dziwnych czasach, w których śmierć oraz fakt jej nieuchronności są usuwane spoza sfery debaty publicznej. Oczywista prawda jest taka, że każdy z nas umrze, a zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie.
Kiedyś ważniejszym od tego, by zachować życie za wszelka cenę, było to, by stracić je w sposób honorowy.
Kiedyś, dawno temu, takie zachowania były stawiane za wzór. Tego uczono młodych ludzi.

A jak jest dziś?
Grupa brytyjskich żołnierzy zostaje zatrzymana przez Irańczyków za rzekome wpłynięcie na wody terytorialne tego kraju. Dają się do tej niewoli wziąć bez próby podjęcia oporu, bez oddania jednego choćby strzału. Przetrzymywani w hotelowych warunkach, bez zmrużenia powieki przed irańską kamerą zapewniają o tym, jak świetnie są traktowani, krytykują rząd swojego kraju i nawołują do wycofania się z Iraku (czyli z misji podczas pełnienia której zostali zatrzymani), przyznają się do przekroczenia wód terytorialnych. Tuż przed odlotem z Iranu wylewnie dziękują gospodarzom za miły i przyjemny pobyt w ich kraju.
Już u siebie twierdzą, że przetrzymywano ich w kamiennych celach, straszono, poddawano presji. Swe dramatyczne przeżycia sprzedają mediom za grube pieniądze. Kilka dni potem Irańczycy pokazują uśmiechniętych i zrelaksowanych „jeńców”, którzy w czasie „niewoli” pykają w ping-ponga i dowcipkują.
Pięknie, co? Żołnierze… Ha! Ha! Ha! Dobre sobie.
Co mieli do powiedzenia ci „żołnierze” o tym, że poddali się jak ostatnie melepety?
„Gdybyśmy się bronili, części z nas by tu dziś nie było. Gdybyśmy stawili opór, doszłoby do ostrej walki, której nie wygralibyśmy, a która miałaby poważne skutki strategiczne”
Co na temat ich zachowania ma do powiedzenia dowódca marynarki admirał Jonathon Band?
„Wygląda na to, że żołnierze postąpili zgodnie z zasadami. Nie stworzyli zagrożenia dla siebie ani innych. Nic nie ujawnili”.

No, to jest dopiero rewolucja, nieprawdaż? Żołnierz nie powinien swoim zachowaniem stwarzać zagrożenia dla siebie i dla innych. Wobec tego zgodne z zasadami jest, gdy zachowuje się jak ostatnia cywilna łamaga i np. pluje na swój kraj.

Kiedyś zasady były takie, że takich zdrajców zdegradowano by i posłano na szafot, za niehonorowe i niegodne żołnierza zachowanie. Za tłumaczenie, że nie podejmowali walki, bo bali się zginąć, zwykły złodziej miałby pełne prawo napluć im w twarz.
A dziś?

A dziś zarabiają krocie, bezczelnie zresztą kłamiąc.

I jak tu wymagać honorowego zachowania od zwykłego cywila, gdy nagradzane jest tak podłe zachowanie żołnierzy?
O tym, że jest niestety jeszcze gorzej, możecie przeczytać w znakomitym tekście Krzysztofa Ligęzy:

http://www.widnokregi.pl/44122naberdyczow44122.html

rymasz


  • RSS