Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 4.2007

Czasami kotka okoci się nie w stodole, ale np. w garażu. Hmmm… Garaż to brzmi dumnie. No w drewnianej szopie takiej, w której Szerszeń stoi.
A może ona wcale tam się nie okociła, tylko potem małe przeniosła? Nie wiadomo.
W każdym razie je tam zostawiła.
Trzy małe kotki. Bury, biały w ciemne plamy i czarny jak sadza.
Byłyby zdechły z głodu, ale Najlepsza Teściowa Na Świecie usłyszała ich żałosne zawodzenia i przygarnęła do chałupy. Do przedpokoju konkretnie.
Gdy przyjechaliśmy, to takie trzy wychudzone i niemiłosiernie zasrane nieboraki kuliły się w posłaniu po nieodżałowanym Kleofasie i groźnie szczerzyły mikroskopijne kiełki na wszystkich człowieków, którzy próbowali im pomóc. Siły nie miały, ledwo żyły.
Pierwszą rzeczą, której ich nauczyłem, było zaprzyjaźnienie się z kuwetą.
Poprosiłem, by mi nie przeszkadzano i z powaga zapowiedziałem, że nauczenie kota korzystania z kuwety to skomplikowany i pracochłonny proces.
Po czym wziąłem po kolei każdego nieboraka w dłoń, posadziłem w kuwecie i każdą po kolei łapką pogrzebałem w żwirku. Oczywiście kotki instynktownie zatrybiły o co chodzi i zaraz zaczęły załatwiać się w kuwecie.
Ja zaś zostałem ogłoszony zaklinaczem kotów, bo na ranczo podobnych sztuk nikt jeszcze nie wyprawiał.
Niestety nie udało mi się przekonać Teściowej, że rozwolnienie nieboraki mają prawdopodobnie od mleka, którym ich poi. No trudno. Z pewnymi rzeczami się po prostu nie walczy. Zwłaszcza z rodzicami, którzy coś wiedzą lepiej.
Czarny od początku był najsłabszy i po dwóch dniach zdechł.
Dwa pozostałe, gdy już nabrały sił i ciut podrosły, wyglądały tak:
2.jpg3.jpg4.jpg
Biały dostał od Siostrzeńców i Siostrzenic Lepszej Połowy ksywę Śnieżka. Szary został oczywiście Kleofasem nr 2.
Strasznie je oba zepsułem.
One w życiu to umieją w zasadzie tylko jedno. Domagać się pieszczot.
Tak wyglądały, gdy jeszcze bardziej podrosły.
5.jpg
A tak spędzały dnie całe.
6.jpg
W różnych konfiguracjach.
7.jpg
Na świeżym powietrzu również
7a.jpg
Gdy nie spały, to dawały się targać Pimpkowi „Chicken Killerowi”. Ku wielkiej radości wszystkich zainteresowanych stron.
8.jpg
Tej zimy Najlepsza Teściowa Na Świecie w końcu się wkurzyła i wygnała je z domu. Śnieżka okazała się samcem, czyli Śnieżkiem, Kleofas 2 również. I strasznie szczały w środku, w celu oznakowania terenu. Oj, cuchnęło. Zaproponowałem, że je wykastruję u weterynarza, ale zostałem potraktowany jak wariat. No i koty dostały eksmisję. Świetnie dały sobie radę na zewnątrz. Wyhodowały takie futro, że jak tygrysy syberyjskie wyglądały.
Ze trzy tygodnie temu, Kleofas poszedł sobie w świat. Jakoś dziwnie spokojny jestem o jego los. I wcale się nie zdziwię, gdy za kilka tygodni wróci brudny, z kilkoma nowymi bliznami, ale szczęśliwy i nieodmiennie domagający się głaskania.
Poszedł w świat, bo pewnie im za ciasno na jednym podwórku było, a Śnieżek na silniejszego wygląda.
Dnie spędza na kanapie na werandzie.
9.jpg
Ta pozycja wynika z tego, że jak tylko mnie widzi, to natychmiast zaczyna domagać się miziania. Chciałem mu tydzień temu zdjęcie zrobić, jak się byczy. Było trudno.
Zaraz przypętał się jego kumpel Pimpek. Tylko to jest już inny Pimpek. Nie „Chicken Killer”. „Chicken Killer” już gdzie indziej mieszka. Ten nowy Pimpek zwany jest przez Teściową Asik, przez Siostrzeńców i Siostrzenice Apsik, przez Lepszą Połowę Misiek, a przeze mnie Pimpek Kuternoga, tudzież Koślawy. Wzięło się to stąd, że na jesieni poszedł na wieś pobzykać i wrócił straszliwie poharatany, z wyłamaną łapą. Cudem przeżył. Nie wiem, czy inne psy, czy też ludzie tak mu dali do wiwatu, ale od tamtej pory na trzech łapach musi dawać sobie radę. Wiejscy weterynarze to się chyba w takich rzeczach jak nastawie zwichniętych psich łap nie specjalizują. Co innego jak się krasula ocieli, ale psia łapa? Kogo to obchodzi? No trudno, nie będę się tym denerwował, ale ten wiejski weterynarz Pimpkowi nie umiał pomóc.
A Pimpek za dupami dalej się ugania. Na trzech kończynach.
Tak wygląda. Zwróćcie uwagę na tylną, podkuloną łapę.
10.jpg
Śnieżek w naturalnej pozycji wygląda tak.
Tak też moim zdaniem wygląda spełniona i szczęśliwa istota.
11.jpg
Albo tak. Razem z kumplem.
12.jpg
Ale ciężko takie zdjęcie zrobić, bo gdy się pojawiam w pobliżu, to trzeba natychmiast do mnie podejść.
13.jpg
I się poocierać
14.jpg
A nuż pogłaszczę?
15.jpg

Ach, gdybym tylko miał wybór…
Gdyby ktoś mnie o zdanie spytał…
To ja mogę takim Śnieżkiem zostać i tak samo jak on życie spędzać.
Mamy identyczny temperament.
Byczyć się, wcinać i być mizianym.
;-DDD

rymasz

O, tak wyglądał nasz Kleofas na wannie. Jeszcze wtedy malutki był.
1.jpg
Strasznie ją lubił. Kiedy jedno z nas się kąpało, Kleofas dzielnie asystował i przechadzał się po krawędzi, próbując upolować pianę. Czasami kończyło się to tym, że wpadał do wody.
Miał wtedy zajęcie na koleją godzinę, bo musiał się cały wylizać.
Ładny był Kleofas, co? Ja wiem, zwykły dachowiec, ale dla mnie był zajebiście ładny.

No dobra, ja tu cały czas nawijam o zwierzakach, którym w ten lub inny sposób zafundowałem przedwczesny zgon. Są też takie, które przeżyły i mają się dobrze.
To sobie jeszcze poopowiadam, co? Dobrze mi się nawija.

Kotków na ranczo to przybędzie, to ubędzie. Jakoś tak samo się to kontroluje.
Podwórzowe kocice najczęściej kocą się w stodole w sianie. Moszczą małym wygodne, przytulne gniazdko, a potem małe drążą sobie w sianie norki, żeby zwiewać, gdy nadejdą człowieki. Bo małe człowieków się boją.
Mam w związku z tym wiele frajdy. Bo wystarczy wejść do stodoły, usiąść cichutko i w spokoju poczekać, aż głuptasy powyłażą z kryjówek i zaczną te swoje harce. Mogę podglądać je godzinami. No tak po prostu kilka malutkich kotków biega po sianie bez ładu i składu i się nawala, albo próbuje coś upolować. Cokolwiek. Źdźbło, deseczkę, ogon brata. Różne charaktery mają te kotki. Są łobuzy, co nie odpuszczą i do upadłego będą walczyć i są ciapy, co tylko na plerach lądują i się poddają.
Pewnego razu po prostu wlazłem na siano z książką i cichutko sobie siedziałem czytając. Kociaki dosyć szybko zaczęły traktować mnie jako element dekoracji i bez pękania broiły tuż przy mnie.
Potem był jakiś grill, troszkę popiliśmy i w środku nocy zapragnąłem znowu je odwiedzić. Wlazłem do stodoły i po omacku podszedłem do gniazda.
Z małymi była matka. Karmiła je. Poczułem to, gdy zacząłem macać w celu zlokalizowaniu moich puszystych kumpli.
Kocia matka była jednym z tych kotów, które czujnie spierdalają, gdy człowiek zbliża się na półtora metra.
Jakoś o tym w chwili odwiedzin nie myślałem. Wcięty byłem.
Po namacaniu kotki powinienem zostać dotkliwie podrapany i jeszcze pewnie ugryziony.
Nic takiego nie nastąpiło.
Położyłem się obok kotki i zacząłem ją głaskać. Kotka zaczęła głośniej mruczeć (mruczała już wcześniej, podczas karmienia). Skoro matka nie miała nic przeciwko mojej obecności, to małe też nie miały.
Ależ ja się wtedy nagłaskałem!
Na drugi dzień kotka znowu przede mną zwiewała, ale tej nocy to pobiegłem prędko po dwa piwa i siedziałem z kotami z godzinę, powoli sobie to piwko sącząc.
Ech… Życie potrafi być piękne. Jak mi wtedy dobrze było…

Ale są więksi hedoniści ode mnie. Znam takich dwóch. I o nich w następnym wpisie. Dużo obrazków będzie!

cdn.

rymasz

Te sierściuchy, które do tej pory określałem pogardliwie jako „hołota” to gromada aktualnie przebywających na ranczo i w jego najbliższej okolicy kotów w ilości trudnej do oszacowania.

Może to co niektórych miastowych szokować, ale wiejska zagroda to nie starożytny Egipt ani mieszkanie mieszczucha i koty nie są tu obiektem kultu. Miejskie koty żyją w czterech ścianach, uzależnione od opieki i pieszczot człowieka. Wiejskie żyją na wolności, choć w pobliżu człowieka, który podrzuca im resztki ze stołu, ale nieszczególnie troszczy się i dba o ich los. I to jest ok, bo te koty nie pełnią funkcji ozdoby salonu i pieścidełka. I ludzie, i koty są zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Jako mieszczuch od nowości, zasłynąłem na wsi jako ten, który dobre wiejskie koty psuje.
Do mojego przybycia na ranczo największym stopniem poufałości jaki osiągał kot w kontaktach z człowiekiem było ocieranie się o nogi Najlepszej Teściowej Na Świecie. Bez brania na ręce, głaskania, czy innych takich fanaberii. Teściowa wychodząc rano na ganek była witana pełnym szczęśliwości miauknięciem i dostępowała zaszczytu poocierania się o jej nogi. Reszty człowieków koty nie dopuszczały na dystans mniejszy niż 2 metry i czujnie spierdalały, gdy tylko człowiek się niebezpiecznie zbliżył.
Kilka dobrych kotów popsułem, zmieniając te reguły.

Tuż po naszym weselu przyjechaliśmy z Teściami na ranczo o szóstej nad ranem, umordowani niemiłosiernie. Nogi mieliśmy całe poharatane, więc Najlepsza Teściowa Na Świecie (wtedy jeszcze tego nie wiedziałem) postawiła przed nami miski z ciepłą wodą z mydłem i kazała moczyć. No to moczyliśmy. W tym czasie Teść postawił na stole jedną z licznych pozostałych po weselu półlitrówek i po staropolsku przywitał mnie w rodzinie. Skończyliśmy się witać w okolicach trzeciej flaszki i południa, nawaleni do nieprzytomności. Wstałem następnego dnia rano, skoro świt.
Lipcowy ranek. Pierwsze promienie słońca zamieniają krople rosy w brylanty. Cisza, jedynie ptasie trele witają nowy dzień. Rześkie powietrze. Stoję na ganku i się zachwycam. Z odległości około półtora metra spogląda na mnie biały, łaciaty kotek. Taki nie za duży. Wołam kici, kici i próbuję do kotka podjeść.
Kotek czujnie spierdala.
No trudno. Kładę się na kanapie na werandzie i przez kilka godzin czytam sobie książkę. Kotek wychodzi z ukrycia i co jakiś czas na mnie zerkając, wyleguje się na słońcu tuż obok kanapy.
On nie był dziki, ani nawet półdziki. On był taki nie do końca oswojony.
Drugiego dnia sytuacja się powtarza. Znów wstaję skoro świt, ale na werandę wychodzę z miseczką mleka i kilkoma kawałkami wędliny. Wędlinę podaję kotkowi z ręki. Podchodzi nieufnie, błyskawicznie ją zabiera i wcina w bliskiej odległości. A potem się byczymy. Ja na kanapie, on w pobliżu.
Trzeciego dnia zjada z ręki i daje się przy tym pogłaskać. Zdaje się, że to głaskanie bardziej mu się podoba niż samo jedzenie.
Kolejne dni spędzamy już na kanapie razem. Kotek zamienia się w pieszczocha, zaczyna się łasić, mrucząc przy tym przymilnie.
Zaprzyjaźniliśmy się. Oswoiłem go jak Mały Książę lisa.
I przy okazji zepsułem kompletnie. Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, podczas naszych kolejnych wizyt na ranczo. I pieściliśmy ile wlezie. Teść twierdził, że gdy nas nie ma kotek tęskni. I to właśnie podobno z tej tęsknoty odszedł pewnego dnia w siną dal, żeby nas odnaleźć.
Nie odnalazł.
Albo pod samochód wlazł, albo psy go zagryzły, albo ludzie utłukli, wykorzystując ufność, której go nauczyłem.
Tak czy siak znajomość ze mną w żaden sposób nie wyszła mu na dobre.

Były i inne kotki.

cdn.

rymasz

Jak na warunki na ranczo to Kleofas był kotem szczególnym. Taki arystokrata. Paniczyk.

Po pierwsze, spał w domu. Wiejska hołota spała na werandzie, albo w sianie w stodole.

Po drugie, regularnie przebywał w domu ciesząc się rozmaitymi względami człowieków. Z Lepszą Połową wychowaliśmy Kleofasa przykładnie, nie nauczyliśmy go żebractwa. Kleofas nie kojarzył posiłków, które jego człowieki wcinały przy stole z darmowa wyżerką. On swoje żarcie miał w miseczce. Rodzice Lepszej Połowy w ciągu kilku dni nauczyli Kleofasa, że jak człowiek je, to należy przyjść i żałośnie miauczeć. Wtedy człowiek daje kotu smakołyk. Poza tym Kleofas w dalszym ciągu był głaskany, brany na kolana i pieszczony.

Po trzecie, na co dzień dostawał do miski karmę z puszki. Hołota żarła resztki.

Po czwarte, jego jedynego z całej gromady bał się tarmosić Pimpek. Pimpek to pies marki jajnik. Wyjątkowy idiota. Skończony tuman, ale tak radosny, że nie sposób było go nie lubić. Cieszył się zawsze i ze wszystkiego. Non stop merdał ogonem i łasił się do nóg. Miał taką sztuczkę. Jak się zawołało „Do góry koła!” to Pimpek odwracał się na plery i tak leżał z łapami do góry. No i ten Pimpek miał takie hobby, że wszystkie podwórzowe koty co jakiś czas tarmosił. Łapał je zębami za kark i targał po ziemi. Koty nie protestowały. Czasami miałem wrażenie, że one to naprawdę lubiły. Pimpek je chwilę targał, potem zauważał coś co go zachwycało i biegł to wąchać, zostawiając potarganego kota samemu sobie. Już na początku znajomości spróbował wytargać Kleofasa. Kleofas fuknął, po czym z forehandu przejechał Pimpka pazurem przez nos. Od tej pory Pimpek do Kleofasa odnosił się z pełnym szacunkiem. Niestety Pimpek za długo na ranczo nie pobył, a to właśnie z powodu swojego hobby. Oprócz kotów Pimpek lubił też potarmosić kury sąsiadek. Zyskał dzięki temu ksywę „chicken killer”. Ponieważ nie było Pimpka jak od świata odizolować, trafił do znajomych, którzy mieli szczelne płoty. Tak szczerze mówiąc, to ja nie pamiętam jak się wabił Pimpek. Ale ja dla ułatwienia wszystkie małe psy kręcące się po podwórzu nazywam Pimpek, więc na Pimpka tak właśnie mówiłem.

Po piąte, Kleofas na myszy polował dla frajdy, a nie z konieczności. Upolowane gryzonie przynosił i zostawiał do konsumpcji hołocie.

Po szóste, Kleofas jako jedyny był w pełni oswojony i przychodził do mnie, gdy go zawołałem. Poważnie. Przyjeżdżaliśmy na ranczo, wysiadałem z auta i krzyczałem „Kleofas!”. Po kilku chwilach mój kochany kocurek łasił się do moich nóg. Zniewalał mnie tym cwaniak tym do szczętu.

Ale Kleofas jako się rzekło wpadł pod samochód.
Oprócz Kleofasa były i są jeszcze inne zwierzaki na ranczo.

cdn.

rymasz

Zwierzątka

4 komentarzy

Bardzo lubię zwierzęta. Lubię kurczaczki, świnki, krówki, owieczki i króliczki.
Kurczaczki z rożna, świnki pieczone, krówki w postaci befsztyków, owieczki w gyrosie, a króliczki w pasztecie.
Lubię jeszcze i inne zwierzątka. Mało brzydzący się jestem i wszystko wsuwam. Ostrygi, małże, ślimaki, ośmiornice, surowe ryby. Spoko, wcinam bez zmrużenia powieki.
Ale kota albo psa bym nie zeżarł. Domowych nie wcinam. Zatem kanarki, papużki, szczury, chomiki, karaluchy i mrówki faraonki są bezpieczne.

Jako hodowca zwierząt domowych to się udałem jak starej kurwie dzidziuś.

Pacholęciem czternastoletnim będąc miałem chomiczkę, którą nazwałem Mysza. Sprawiłem jej dużą, kilkupoziomową klatkę z budką, kołowrotkiem, kładkami. Regularnie tę klatkę czyściłem, napełniałem poidełko wodą, a karmnik ziarenkami i świeżymi warzywami. Należy to docenić, bo była to połowa kryzysowych lat osiemdziesiątych i taka klatka to prawdziwy luksus był. Myszę wypuszczałem na wielogodzinne spacery po pokoju. Podczas jednego z nich jebana dziurę w dywanie mi nawet wygryzła. Ale wcale nie miałem o to do niej pretensji. Dobrze nam się razem żyło. Pewnego dnia wrzuciłem Myszy do karmnika świeże kopytko. Mysza opędzlowała połowę i skonała w męczarniach. Ja się jej zasadniczo nie dziwię. Bo proporcjonalnie to to pół kopytka dla chomika to tak jak pół wiadra kopytek dla człowieka. Nie sądzę, żeby jakikolwiek człowiek był w stanie opierdolić w pół godziny pół wiadra kopytek i nie wyzionąć ducha. No to jak tu mieć pretensję do chomika? Oddałem klatkę i więcej chomików nie hodowałem. Założyłem stadninę gupików.

Do dwuipółlitrowego słoika po ogórkach konserwowych nasypałem żwirku, zasadziłem trzy roślinki, nalałem wody i wpuściłem piętnaście gupików i kiryska. Ponieważ nie miałem pompki, codziennie wyławiałem rybki ze słoika łyżką do zupy, przekładałem do innego słoika, a w starym płukałem piasek i wymieniałem wodę. Codziennie wśród wyławianych rybek jedna pływała brzuchem do góry. Zastanawiałem się dlaczego tak się dzieje, ale żadna dobra hipoteza nie przychodziła mi do głowy. No cóż, miałem wtedy czternaście lat i byłem głupi jak sanki w lecie. Po dwóch tygodniach na placu boju został największy i najsilniejszy gupik oraz kirysek. Kirysek wygrał rywalizację, ale przeżył rywala tylko o dwa dni. Ta spektakularna porażka zniechęciła mnie do hodowli czegokolwiek na lata całe. Aż do chwili, gdy trafił do nas Kleofas.

Kleofas to był kotek i ja tego skurwysyna po prostu uwielbiałem. Trafił do nas ze trzy lata temu. Zgodziłem się futrzaka przechować dwa tygodnie, bo właściciele wyjeżdżali. Przywiozłem go do domu po pracy, zainstalowałem posłanie, kuwetę, miseczki z żarciem, porozrzucałem jego zabawki po pokoju, tak jak mi nakazano i nastawiłem sobie kąpiel. Ponieważ kuweta stała w łazience drzwi zostawiłem uchylone. Leżałem sobie rozanielony w gorącej wodzie, gdy nagle poczułem dotyk na ramieniu. To Kleofas, który wtedy jeszcze nie był Kleofasem, wskoczył na wannę, przycupnął na krawędzi i położył swój niewielki łepek na moim barku. A potem usnął. Po prostu usnął. Przez piętnaście minut nie wykonywałem żadnych ruchów, żeby go nie obudzić. W tzw. międzyczasie do mieszkanie zdążyła przyjść Lepsza Połowa. Weszła do łazienki i zobaczyła swojego męża z kuleczką sierści smacznie śpiącą na ramieniu. Spojrzałem w oczy Lepszej Połowy. Wiedziałem już, że futrzak z nami zostanie…
Miał u nas jak pączek w maśle. Gdy dostał zapalenia oka, to pół nocy nie spałem, tylko mu to oko z ropy oczyszczałem, a potem skrupulatnie zapodawałem antybiotyki zaordynowane przez weterynarza. Bawiliśmy się z nim wieczór w wieczór, głaskaliśmy, szczotkowaliśmy, rano wpuszczaliśmy do łóżka. Rozpieszczony był jak cholera. A na weekendy zabieraliśmy go na ranczo do Teściów. I pod kontrolą wypuszczaliśmy na podwórko. Najpierw się bał. Ale potem tak rozsmakował w wiejskim życiu, że za cholerę nie miałem serca zabierać go do Stolycy i kolejny tydzień więzić w betonowej klatce. Gdyby nie poznał uroków wiejskiego życia, to pewnie żyłby z nami do dzisiaj jako spasiony i wykastrowany miejski kocur. Ale został na wsi, żył swoim kocim życiem i wyzionął ducha na wiejskiej drodze pod kołami samochodu.

cdn.

rymasz

Szkoła rodzenia. Rymasz rozbiera lalkę do kąpieli w ramach ćwiczeń poligonowych. Kampania rozpoczyna się najpóźniej za 5 tygodni. Warunki bojowe, walka.
Rymasz (komentując wykonywane czynności): Zdejmuję śpioszki, zdejmuję kaftanik i do wanny.
Pani Położna: A pielucha? W pieluszce pan dziecko kąpie?
Rymasz: No to zdejmuję pieluchę i do…
Pani Położna: No a w pielusze niespodzianka. No i co pan robi?
Rymasz: OLA!!!

Hyhyhy… Ale był ubaw, ja piórkuję. Lepsza Połowa jest oczywiście zdrobniale Ola. No i zaraz zaczęła chłopom dookoła tłumaczyć, żeby przykładu z jej męża nie brali. Łoj, obśmialiśmy się jak norki.

Ale jeszcze lepszy numer był na drugi dzień, czyli w sobotę, rano.
Po tym jak obejrzałem swego czasu na Discovery kilka odcinków programu „Kuchenna chemia” prowadzonego przez Hestona Blumenthala, zapragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej na temat zjawisk chemicznych i fizycznych zachodzących podczas przygotowywania potraw. Dodatkowo przeczytałem potem recenzję książki zajmującej się tym tematem. Tylko, że tytułu nie zapamiętałem. Szukałem, szukałem, znaleźć nie mogłem. W sobotę rano podjąłem kolejną próbę. I udało mi się! Wygooglałem wreszcie tę książkę i raz dwa zamówiłem w Merlinie. Lepsza Połowa jeszcze spała.
Po śniadaniu (mąż przygotował: oscypek z grilla z żurawiną + warzywa z patelni. Kto jest debeściak?) siadła do komputera sprawdzić pocztę. I przeczytała malia z potwierdzeniem zamówienia, który zostawiłem otwarty.
- Zamówiłeś książkę? – spytała.
- O tak! – odparłem entuzjastycznie – I bardzo się cieszę, bo jej tyle czasu znaleźć, nie mogłem i wreszcie mi się udało! I tylko trzy dychy.
Lepsza Połowa nic nie powiedziała, tylko popatrzyła na mnie tak jakoś dziwnie.
Potem pojechaliśmy na zakupy do IKEI (tzn. Lepsza Połowa chodziła po sklepie, a ja siedziałem przed sklepem i czytałem gazetę), a wracając wpadliśmy pospacerować po Kępie Potockiej. Taki park. Bardzo go lubimy. Tłumy ludzi, setki rowerów. Wypiłem piwko w Arabie, posiedzieliśmy na trawie przy kanałku. A potem pospacerowaliśmy. I zaczynam opowiadać i znów się ekscytować zamówioną książką. Gadam o robieniu zupy, tłumaczę co to jest osmoza, wyjaśniam kiedy należy zupę posolić, żeby dobry wywar był, a jego składniki nie straciły całego smaku. I tłumaczę, że w tej książce to pewnie dużo takich wiadomości jest.
Lepsza Połowa robi okrągłe oczy.
- To ty książkę o gotowaniu zamówiłeś?
- No tak. A ty myślałaś, że o czym?
- No wiesz, jak się książka nazywa „Frytka doskonała” to sobie pomyślałam, że to autobiografia tej Frytki z Big Brothera. I cały dzień się zastanawiałam, co ci do łba strzeliło, żeby coś takiego kupić. No ale nic nie mówiłam, tylko tak się zastanawiałam, po jasną cholerę ci ta Frytka. Myślałam, że może jakąś przemianę duchową przeszła i to opisała, a ty chcesz się dowiedzieć, czy coś takiego. A to o gotowaniu…

Hyhyhy… „Frytka doskonała. I inne sekrety kuchni” Russ Parsons.

rymasz

Ślepiec

3 komentarzy

Ze 12 lat temu to się zdarzyło. Byłbym nie pamiętaj tej historii, ale na szczęście opowiedziałem ją kiedyś Dżonnemu i Lepszej Połowie. Dżonny mi o niej przypomniał, Lepsza Połowa dodała parę didaskaliów i pamięć cudownie zatrybiła, i z otchłani zapomnienia wydobyłem na światło dzienne zabawną dykteryjkę. Fenomen, nie? Człowiek nie pamiętał, a jednak sobie przypomniał. Ciekawe ile jeszcze rzeczy bym sobie przypomniał, gdyby mnie jakiś zawodowiec przesłuchał?

Idę sobie gdzieś tam, po coś tam w centrum Warszawy. Przechodzę koło przystanku. Niewidomy człowiek z białą laską pyta mnie:
- Przepraszam, jaki to autobus podjeżdża?
Ślepcy w ramach rekompensaty za utracony wzrok mają znakomicie rozwinięte i bardzo wyczulone pozostałe zmysły. Pewnie z daleka już ten autobus usłyszał.
Podaję numer.
- Acha, to do (tu padła nazwa miejsca) będą dwa przystanki? – dopytuje się niewidomy.
- Oj – martwię się – Do (…) to niestety w drugą stronę z innego przystanku.
- A to chuj pierdolony! Pan sobie wyobrazi, że mi kutas źle powiedział i na zły przystanek zaprowadził! – krzyczy niewidomy. Gały mi z orbit normalnie wyłażą.
- Eeee… To może przeprowadzę pana na ten dobry po drugiej stronie? – proponuję nieśmiało.
- Jeśli byłbym pan taki uprzejmy… – odpowiada grzecznie niewidomy.
Biorę go pod ramię i powoli idziemy w stronę właściwego przystanku. Mój ślepy przyjaciel wrzeszczy na cały regulator.
- Na przecież to się w pale nie mieści, żeby takim złamanym fiutem być i ślepego na złym przystanku zostawić! No co ten frędzel sobie wyobrażał?! Ludzie to świnie, mówię panu. – i tak dalej, równie głośno i równie uroczo. Kulę się, wciskam głowę w ramiona, staram się nie zauważać zdziwionych spojrzeń mijanych przechodniów. To było dawno temu, a ja miałem kiedyś poważne problemy ze sobą. Dziś bym chichotał i wszystkich dookoła pozdrawiał.
- Doszliśmy. Poczekać z panem na ten autobus?
- Nie, dam sobie już radę.
Rozstajemy się.

No co? Ślepy też człowiek.
Co ciekawe kiedyś myślałem inaczej. Matko, ja o wszystkim kiedyś myślałem co innego niż teraz myślę.

rymasz

JKM

2 komentarzy

Na Janusza Korwina-Mikke głosowałem kiedyś ambitnie. Przestałem, bo mi wyszło, że dupa nie polityk. Byle Lepper więcej potrafi głosów nazbierać.

Ale „Najwyższy Czas!” czytam regularnie. I bloga JKM. Ma chłop pomyślunek. Cytuję, poprawiając gramatykę.

„Jak wiadomo mamy trzy główne telewizje: jedna założona przez SB, druga przez WSI, a trzecia jest własnością aktualnie rządzących polityków.”

Kto w tym popierdolonym kraju potrafi celniej do sedna dotrzeć?

rymasz


  • RSS