Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 3.2007

Ale się dziś dowartościowałem!
4 stycznia 2006 roku napisałem w Kąciku co następuje:

Z Nowym Rokiem nowym krokiem!
Tak sobie po tym świecie spaceruję od lat i przyglądam się mijającym dniom, tygodniom, miesiącom, latom, dekadom. Ponieważ z zamiłowania jestem filozof-samouk, to próbuję z tych obserwacji wnioski wyciągać. Jeden z lepszych brzmi: „Kiedyś byłem młodszy”. To bardzo błyskotliwa i niewątpliwie głęboka myśl, ale zarzucić jej można, że się nie rymuje i przez to trudno ją zapamiętać. Wymyśliłem więc zgrabną rymowankę o podobnym przesłaniu:
„To co było już nie wróci
Tako rzekłem rymem tu ci.”

Myśl jeszcze głębsza i błyskotliwsza od poprzedniej i na dodatek zrymowana w tak brawurowy sposób, że ręce same do braw się składają. Uwielbiam te przebłyski geniuszu u siebie.
Znam jeszcze jedną trafiającą prosto w sedno sentencję, ale niestety nie mojego już autorstwa. To fragment pieśni w wykonaniu zespołu Dr. Hackenbush. „O kurwa mać, jak zapierdala czas” – brzmi ten fragment. Trudno dosadniej i z większym zaangażowaniem wyrazić odczucia, które towarzyszą nam, gdy myślimy o przemijaniu. Szekspirowskie „Być albo nie być” brzmi przy tym jak banał. Pozbawiony wyrazu i ekspresji na dodatek. No bo czyż nie zapierdala? Można by spróbować tę myśl w bardziej cywilizowany sposób ująć, np. „Dni mijają coraz prędzej”, ale to przecież pretensjonalnie i banalnie brzmi, choć ma swoje jak najbardziej logiczne uzasadnienie. Bo dni naprawdę mijają coraz prędzej. A przez to również i lata. Mogę to precyzyjnie wyklarować.
Gdy miałem 10 lat, ostatnio przeżyty rok stanowił 1/10 mojego dotychczasowego życia. 10% wszystkiego co przeżyłem.
Gdy miałem lat 20, ostatni rok stanowił już tylko 5% mojego dotychczasowego życia.
Gdy dożyję czterdziestki, ostatnio przeżyty rok to będzie zaledwie 2,5% wszystkiego co do tej pory przeżyłem.
Gdy miałem 10 lat 2,5% mojego życia to były tylko 3 miesiące!
Innymi słowy w wieku lat czterdziestu rok przeżywam proporcjonalnie jednakowo, co 3 miesiące w wieku lat dziesięciu, czyli cztery razy szybciej. Proste i logiczne?
Ludzie czterdziestoletni mówią również często: „Do dwudziestki, to jakoś to wszystko wolniej szło. Ale te ostatnie dwadzieścia lat, to normalnie jak z bicza strzelił mi minęło”. „Poczekaj, poczekaj” odpowiadają na to osiemdziesięcioletni starcy „Zobaczysz, szybko to dopiero następne 40 mija”. I jedni, i drudzy mają oczywiście rację.
Gdy miałem lat 20, to 20 lat stanowiło dla mnie całe życie. 100%.
W wieku lat czterdziestu 20 lat to już tylko połowa. 50%.
Dla czterdziestolatka to 40 lat jest całym życiem.
Ale dla osiemdziesięciolatka 40 to już tylko połowa.
Co szybciej mija, całe życie, czy połowa życia?

Skoro wszystko już jasne, to zacytuję na koniec najlepszą chyba sentencję jaką znam.
„Jutro jest pierwszy dzień z reszty twojego życia”.”

Dziś rano przeczytałem w wybiórczym portalu co następuje:
„Dla dziecka, które ma 10 lat, następne 10 oznacza drugą połowę życia. W tym czasie postarzeje się dwukrotnie. Dlatego będąc dziećmi, tak wolno stajemy się dorośli! Dla 50-latka, 10 lat to zaledwie jedna piąta tego, co przeżył, a dla stulatka to już tylko jedna dziesiąta. Widać stąd, że od wieku 10 lat do 100 ten sam okres czasu był przeżywany w różnym tempie. Ostatecznie subiektywnie uległ aż dziesięciokrotnemu skróceniu.”

Porównajcie to z moim tekstem!

Całość tekstu z wybiórczej tu:
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75476,4010164.html

Ciekawe wyjaśnienie sposobu w jaki funkcjonują nasze zmysły.

Jeśli ktoś mi podpowie w jaki sposób wrzucić do Kącika spakowane archiwum, które wystrzeliłem swego czasu w kosmos, to ja to zrobię. W ogóle, jeśli tu jest ktoś, kto mógłby mi pomóc w zmianie wyglądu tej strony, to ja chętnie. Bo mnie ten wygląd już wkurza.

rymasz

Najbardziej niezasłużony opierdol w życiu zebrałem w czasie studiów. Takie niezasłużone opierdole najbardziej bolą, bo jak sam człowiek nawywija, to mu się przecież opierdol należy niejako z urzędu. Jeśli nawywijał, bo nie wiedział co robi, to może mu opierdol uświadomi własną głupotę. Mi na przyszłość pomaga, gdy sobie w danej sytuacji własną durnotę uświadomię. Jeśli zaś nawywijał świadomie, zdając sobie sprawę z tego co robi, to opierdol musiał mieć zasadniczo wkalkulowany w ryzyko.

Sytuacja gdy człowiek nic nie zrobił, a opierdol dostał, jest bardziej demoralizująca, niż sytuacja, gdy narozrabiał, a opierdol i inne konsekwencje go ominęły. W tym drugim przypadku umacnia się bowiem taki delikwent w przekonaniu, że rozrabiać można, tylko umiejętnie, a w tym pierwszy dochodzi do wniosku, że jednak powinien nawywijać i jakoś na ten niesłuszny opierdol chociaż spróbować zasłużyć. No demoralizacja kompletna.

W sytuacji, którą za chwilę opowiem ja to w sumie jeszcze nie najbardziej pokrzywdzony zostałem.

A było to tak.

Z kolegą Kudłaczem zamieszkiwaliśmy dwuosobowy pokoik w dwupokojowym segmencie w akademiku. Obok Jerzy z Wojtkiem mieszkali. Poza tym waletowało u nas od 2 do 4 kumpli, którym akademika władze uczelni nie przyznały. Zasadniczo zawsze było gwarno, gości pełno, coś się działo, ktoś coś pił, wdychał, grał w brydża albo pokera. Ja żyłki do hazardu nie mam za grosz, a poker jak wiadomo to gra w pieniądze, a nie w karty. Kumple z pokoju obok mieli za to zacięcie i całe noce rżnęli w tego pokera ile wlezie. Ale tej nocy akurat nie grali, tylko spożywali. Ja nie miałem ochoty, więc się szybko wymiksowałem z imprezy i grzecznie, z rączkami na kołdrze jak Pan Bóg przykazał, poszedłem spać o 22:00. Koledzy w pokoju obok wraz licznie przybyłymi gośćmi konsumowali przeróżne substancje psychoaktywne, zawarte nie tylko w płynie, ale też w powstałym ze spalania pewnej rośliny dymie, aromatycznym niczym tlący się sznurek. Ot impreza.

To ciekawa rzecz jest, bowiem ja na początku mieszkania w akademiku nie byłem w stanie zasnąć, jeśli w pokoju świeciła się niewielka choć lampka, przy której ktoś czytał, cichutko przekładając kartki skryptu czy notatek. Uczyć się nie byłem zdolny, jeśli ktoś się po pokoju szwendał, hałasując niespecjalnie nawet. Dodatkowo miałem jeszcze poważną nerwicę żołądka i przed każdym ważniejszym wydarzeniem (jak egzamin czy występ w szkolnym teatrze) rzygałem jak kot. Urocze nie? Wszelkie te objawy, czyli niemożliwość zaśnięcia i koncentracji w warunkach innych niż cisza absolutna oraz nerwica żołądka, przeszły mi jak ręką odjął po trzech mniej więcej miesiącach studiów. Zacząłem zasypiać niezależnie od warunków zewnętrznych, uczyć się mogłem w czasie zabawy sylwestrowej, a żołądek uodpornił się na wszelkie stresy. W ciągu tygodnia miałem bowiem po kilka ważnych kolokwiów, laboratoriów z tzw. wejściówkami, projektów do skończenia, zaliczeń i tym podobnych atrakcji i jeśliby mój żołądek pragnął dalej działać jak do tej pory, to bym zwyczajnie z głodu umarł. Nie miałem wyjścia.

Zatem impreza w pokoju obok nijak nie przeszkadzała mi w zaśnięciu. Zasypiałem w pokoju sam, bowiem i Kudłacz, i dwaj nasi waletujący kumple wyjechali na weekend. Segment mieliśmy naprzeciwko kibla. W nocy na chwilę tylko obudził mnie jakiś szmer. Było cicho, co znaczyło, że jest już po zawodach. Otworzyłem oczy i w ciemnościach zobaczyłem jednego z uczestników libacji odzianego w slipki jedynie, który gramolił się do szafy. „Chłopaku, co ty robisz?” zapytałem zaspany. Przybysz skamieniał, wytężył wzrok i bez powodzenia usiłował skupić go w okolicach miejsca, z którego dobiegł go mój głos. „Ebydewla… Eeee… Udebede tupalapata…” odparł wreszcie wymijająco, po czym opuścił szafę oraz pokój. Jak udało mi się później ustalić, chłopak, który mieszkał niedaleko nas pomylił strony i zamiast do kibla wstąpił do nas najzwyczajniej w świecie się odlać. Cóż, zdarza się. Sam gorsze rzeczy robiłem w podobnym stanie. Całe najście było oczywiście tak banalne, że chwilę po jego wyjściu ponownie zasnąłem snem sprawiedliwego.

Gdy po raz drugi zostałem wyrwany ze snu było już jasno. Obudził mnie donośny męski bas. Zaspanym oczom mym ukazał się taki oto widok: ubrany w szary garnitur człowiek w średnim wieku, pochyla się nad łóżkiem Kudłacza i kimś energicznie potrząsa, głośno przy tym pokrzykując: „Wstawaj! Kto ty jesteś?! Jak się nazywasz?!”. Leżący na łóżku osobnik nieporadnie próbuje go odgonić anemicznie machając ręką i umordowanym głosem szepcząc „Spierdalaj chuju jeden…. No weź się odpierdol…”.
Pan w garniturze zauważył, że już nie śpię.
- Kto to jest? – zapytał oskarżycielsko, wskazując na spoczywające na łóżku Kudłacza zwłoki.
- A kto pan jest? – odparłem całkiem przytomnie zważywszy na porę oraz okoliczności.
- Jestem kierownikiem tego akademika i pytam po raz kolejny kto to jest.
- Nie wiem. Gdy się kładłem spać, to go tu nie było – odparłem grzecznie i zgodnie z prawdą.
- I tak sobie po prostu przyszedł w nocy?
- Najwyraźniej. Kolegi nie ma, segment nie zamknięty…
Zwłoki powoli, nadludzkim wysiłkiem uniosły głowę.
- Jak ty wyglądasz?! – z obrzydzeniem zakrzyknął na ten widok kierownik.
No rzeczywiście, nie wyglądało to najciekawiej. Długie, choć raczej rzadkie włosy posklejane były w nieapetyczne strąki.
- Kurwa, ktoś mnie obrzygał – wychrypiały dokonawszy pobieżnych oględzin fryzury zwłoki, w których rozpoznałem kolejnego uczestnika nocnej libacji, niejakiego Bormana.
Kierownik zabrał Bormanowi dowód, spisał personalia moje oraz kolegów z pokoju obok i zniknął.
Konsekwencją jego wizyty było zawezwanie na dywanik Dziekana wszystkich legalnie zameldowanych w segmencie lokatorów, z nieobecnym wtedy Kudłaczem włącznie. Zostaliśmy ukarani naganą mimo nieśmiałych prób wytłumaczenia, że ja i Kudłacz, to akurat najmniej w tym wszystkim zawiniliśmy.
Przeprowadzone przez nas śledztwo doprowadziło do odtworzenia zdarzeń poprzedzających wizytę kierownika.
Późno w nocy pijany jak bela Borman opuścił nasze gościnne progi i udał się na nocną wycieczkę po akademiku celem poszukiwania przygód. Daleko nie zaszedł, tak ze 30 metrów. Tuż za drugim zakrętem długiego korytarza padł i zasnął. Podczas snu to i owo się z niego ulało, więc się chłop solidnie w tym i owym wytarzał. Fakt ten potwierdziło kilku niezależnych świadków. Na pytanie czemu go nie ocucili i nie podnieśli, zadziwieni odparli, że i tak powinien okazać im wdzięczność, że mu portfela nie zabrali. Co fakt, to fakt. W okolicach 6:00 natrafiła na zwłoki Bormana pani babcia sprzątaczka i dosyć podobno brutalnie przebudziła go przy użyciu miotły. Bormanowi cudem udało się wstać, po czym bluzgając niemiłosiernie próbował zamordować sprzątaczkę gołymi rękami. Sprzątaczka bez trudu zwiała, czujnie zaczajając się za rogiem. Borman zebrał rozbiegane myśli i wrócił skąd przyszedł. Czyli do naszego segmentu. Sprzątaczka go wyśledziła, odczekała godzinę i w te pędy zameldował u przybyłego do pracy kierownika próbę gwałtu, mordu i czego tam jeszcze.
Resztę znacie.

Naprawdę bardzo mnie w tej całej sytuacji niesprawiedliwy opierdol od Dziekana zabolał. Ale pomyślcie jak musiał czuć się kolega Kudłacz???

rymasz

Mnóstwo ludzi w życiu poznałem. Tłumy całe. Lepiej lub gorzej poznałem, na dłużej lub krócej poznałem, ale z całej tej rzeszy licznej zapamiętałem naprawdę niewielu. Mam spory talent do zapominania twarzy, imion, nazwisk, sytuacji i zdarzeń. Tak naprawdę to jakieś na chybił trafił wylosowane fragmenty rzeczywistości pamiętam, a i tak zawsze inaczej niż wszyscy inni. To akurat norma. Ludzie zawsze inaczej zapamiętują te same wydarzenia. No ale przynajmniej zapamiętują! A ja to czasami słucham opowieści ze zdarzeń, w których brałem aktywny i niepomijalny udział i nie wierzę, że ja tam byłem i robiłem, i mówiłem to co opowiadają. Pamięć jak rzeszoto, kurde, mówię wam. No tak już mam, że żeby kogoś albo coś zapamiętać, to ten ktoś lub to coś wyjątkowe musi być w jakiś sposób.

Dni zapierdalają jak szalone jeden za drugim i ani się obejrzymy trzeba będzie kitę odwalić. Zrozumiałe i oczywiste, ale jak się nad tym zastanowić, to szkoda tych dni, które były tak codzienne i podobne do innych, że niczym szczególnym w pamięci się nie zapisały. Większość spotykanych ludzi jest właśnie jak takie dni. Zwykli. Niczym się nie wyróżniają.
Pamiętam ze wszystkimi szczegółami dzień, gdy pojechałem do Chorzowa na swój drugi koncert Metalliki.
Pamiętam dzień, gdy zakochałem się w Lepszej Połowie..
Znakomicie przypominam sobie nasz ślub i wesele.
Pamiętam dzień, w którym wreszcie za czwartym razem zdałem egzamin na prawo jazdy. Poprzednich trzech podejść nie pamiętam.
Pamiętam kompletnie puste drogi i wyludnione miasta i wsie w dniu pogrzebu Karola Wojtyły. Tak pozbawionej życia Polski nigdy już pewnie nie zobaczę.
Pamiętam dzień, gdy z kumplami z akademika spędziliśmy kilka godzin jeżdżąc po Warszawie autobusami na chybił trafił. Robiło się w to tak: graliśmy we trzech w marynarza i w ten sposób ustalaliśmy liczbę przystanków jakie przejedziemy. Po czym wsiadaliśmy w pierwszy autobus, który się pojawił. I jechaliśmy. I tak do znudzenia. Nie znałem wtedy Warszawy za dobrze, więc zabawa była rewelacyjna.
Pamiętam dzień, w którym tak się nachlałem, że rozbiłem w kiblu muszlę klozetową. No, z przerwami, ale pamiętam.
I wiele innych pamiętam, ale jak się nad tym zastanowić, to wcale nie tak wiele. Ile tak naprawdę pamiętam dni na 12562 przeżytych? A ile uleciało w cholerę, tak jak np. zeszły wtorek? No ni cholery nie pamiętam co robiłem w zeszły wtorek i już nigdy nie będę pamiętał. Pamiętam te dni, w ciągu których wydarzyło się coś odbiegającego od sztampy codzienności. Te w podróży, te wyjątkowo przyjemne, te zajebiście przykre i im podobne.
Z ludźmi podobnie, a spotkałem ich bez wątpienia więcej niż dni przeżyłem.
Przynudzam tak trochę bez sensu, bo ni z tego ni z owego Arnaud (wymawia się Arnu z akcentem na ostatnią sylabę) mi się dzisiaj przypomniał. Ależ to był koleżka! No mówię wam nie sposób go zapomnieć.

Gdy poznałem Arnaud, mierzył on ok. 193 cm i ważył 67 kg. Ja ważyłem wtedy tyle samo, z tym, że mierzyłem 10 cm mniej i byłem bardzo, bardzo chudy. No to sobie wyobraźcie jak chudy był Arnaud.
To był 1992 rok, Kochel am See, Bawaria.
Arnauld był poznanym w Niemczech rok wcześniej znajomym jednej z koleżanek, z którą pracowałem małym pensjonacie Państwa Suttner. I przyjechał do niej w odwiedziny. Dowiedział się, że znów jest w Niemczech i przyjechał.
Arnaud poza chorobliwą chudością charakteryzował się jeszcze wyjątkową niezbornością ruchów. Machał długimi jak u gibona rękami nie do końca je kontrolując. Poruszał się w sposób chaotyczny i hmmm… przerywany. Po niemiecku mówił zaś tak jak mówią Francuzi w każdym obcym języku – z niepodrabialnym, pedalskim akcentem. Każdy Francuz jakiego znam, w języku obcym brzmi jak pedał.
Zapałałem do Arnaud od pierwszego wejrzenia miłością szczerą i gorącą. Odwzajemnioną zresztą. Po 5 minutach znajomości miałem wrażenie, że znam chłopa lat co najmniej 10. Nic szczególnego nie robiliśmy przez te dwa dni jego wizyty, tylko non stop zanosiliśmy się śmiechem. Humor poprawiał mi się na sam widok Arnaud.
Arnaud właśnie rzucił pracę w niemieckim przedstawicielstwie jakiejś francuskiej firmy i tak sobie odwiedzał znajomych przed wyprawą do Maroka bodajże. Miał tam w ambasadzie wojsko odrobić. W taki sposób jeszcze kilka lat temu socjalistyczna Francja rozsyłała swoich młodych obywateli po całym świecie, lokowała w rożnych instytucjach czy też oddziałach francuskich firm i płaciła całkiem przyzwoitą pensję. W ramach służby wojskowej. Naprawdę, pracowałem z takimi ludkami już w Polsce na budowie. Nic nie umieli, na niczym się nie znali, ale zarabiali sporo kasy, mieli wynajęte mieszkania, za które nic nie płacili, służbowe bryki, oczywiście „for free” oraz zatrzęsienie darmowych kurw, bo laski w knajpach na ich widok uprzejmie rozkładały nogi. Swego czasu troszkę poobijałem się w towarzystwie wszelakiej narodowości ekspatów. Ależ oni się w tej Polsce naruchali (tego się nie da inaczej nazwać niestety)! Wstyd mi za te materace było, ale trudno, co robić. Kurwa to nie zawód, kurwa to charakter. Ale to na marginesie.
Po pierwszym spotkaniu w Bawarii została mi jako pamiątka po Arnaud błękitna koszulka z kaczorem. Dostałem ją w prezencie.

Mijały lata. Tak ze dwa lub trzy. Wspominałem Arnaud za każdym razem, gdy zakładałem błękitną koszulkę z kaczorem, ale żadnego kontaktu nie utrzymywaliśmy. Bo i niby z jakiej racji? Znaliśmy się raptem kilka godzin.

Pewnego wieczora szwendałem się gdzieś po znajomych pokojach po akademiku. Nagle wpada kumpel: „Igor, zasuwaj na górę. Jakiś Francuz do ciebie przyszedł”. Jaki znowu Francuz, pomyślałem? Toż ja nie znam żadnych Francuzów.
W naszym pokoju Arnaud prowadził ożywioną dyskusję z moimi kumplami. On nie mówił po polsku, oni nie mówili ani po francusku, ani po angielsku, ani po niemiecku. Świetnie się mimo to dogadywali i wyglądało na to, że starymi i serdecznymi przyjaciółmi.
Wpadliśmy sobie w ramiona, wyściskaliśmy się.
Arnaud, po zakończeniu misji w Maroku, wpadł do Polski z przyjacielską wizytą do swojej przyjaciółki, tej samej zresztą co poprzednio. Gdy się zaczął nudzić spytał o Igora. Znajoma, poprzez wianuszek znajomych ustaliła, w którym akademiku mieszkam i wysłała do mnie Arnaud. No to przyjechał.
Wiedział który akademik, wiedział kto, nie znał numeru pokoju. Z babcią recepcjonistką dogadać się nie mógł, ale jakiś życzliwy człowiek go tam usłyszał, przechwycił, wypytał o kogo chodzi, sprawdził u babci w rozpisce, gdzie Igor mieszka i doprowadził pod drzwi.
Do późnej nocy piliśmy wódkę gadając o czym popadnie, a w celu oglądania chudego i roześmianego Francuza, który nie wiadoma skąd i po co się tu wziął, ustawiały się zasadniczo kolejki ciekawskich. Ależ ja opiernicz zbierałem wtedy od kumpli za rzekomą opieszałość przy tłumaczeniu!
Rano Arnaud wstał pierwszy, poskarżył się, że łeb go nawala, zapytał jak dotrzeć do dworca autobusowego i udał się na wycieczkę do Kazimierza Górnego, bo słyszał, że warto obejrzeć.

Nie widziałem Arnaud od tamtej pory, ale przyznacie, że niemożliwe jest, by takiego faceta zapomnieć? I wcale bym się nie zdziwił, gdyby pewnego razu wysoki, pewnie już nie taki chudy facet zapukał do drzwi mojego domu…

rymasz

Proces zamiany Igora w rozmemłaną ciapę postępuje. Nie jest dobrze. Wszystko w naszym życiu skupia się dookoła zawartości coraz większego brzucha Lepszej Połowy. W dalszym ciągu z rosnącym niepokojem obserwuję u siebie nigdy wcześniej nie notowane na taką skalę uczucia pełne czułości, sentymentalizmu i Bóg wie jeszcze czego. Zaczęła się szkoła rodzenia, chodzimy już po sklepach, szwendamy się po internecie w poszukiwaniach wózka i innych urządzeń niezbędnych do obsługi małego człowieka, cały czas wybieramy imię, zastanawiamy się nad wyborem rodziców chrzestnych, planujemy co z nianią i tak dalej, i tak podobnie. Cała reszta schodzi na drugi plan i jest coraz mniej istotna.

Córka najwyraźniej zostanie kickbokserką, bo traktuje Mamusię jak worek treningowy i nocami wali w nią niemiłosiernie. Tatuś potrafi sporo czasu spędzić na obserwacji tych spektakularnych popisów i tajemniczych ruchów podskórnych. Obcy się kłania.

Kącik mi się zmienił w normalnego bloga. Kiedyś to tu rymowanki były, dykteryki, opowiadania krótsze i dłuższe i inne formy literackie. Teraz to są mniej lub bardziej udane opisy przygód Rymasza z rodziną i znajomymi. Nie jestem przekonany, że o to mi właśnie chodzi. Kogo obchodzą jakieś moje recenzje, których tu ostatnio pełno (no chociaż ze swoich obserwacji o „Piratach…” poniekąd dumny jestem)? nie brakuje Wam tego? Bo mi tak. Najgorsze jest to, że nie mam usprawiedliwienia, że tak rzadko coś takiego wrzucam.

Na dodatek marnie to widzę, bo naprawdę zanosi się na to, że tu za chwilę powstanie dziennik świeżo upieczonego Tatusia, a to moim skromnym zdaniem będzie już zupełnie nie do przyjęcia.

Jakoś tak przestały mnie zajmować problemy egzystencjalne. Jeszcze niedawno, jak na prawdziwego filozofa samouka przystało, bohatersko stawiałem czoła pytaniom o ostateczny sens istnienia. I jako niewojujący ateista próbowałem sobie ten sens życia bez Boga wyjaśnić. Tak szczerze mówiąc to mam nieodparte przeczucie, że sens mojego życia czeka na mnie tuż pod coraz bardziej napiętą skórą na brzuchu mojej żony. A na dodatek z tych wszystkich moich przemyśleń taki wniosek się wysnuł, że raczej nie za wielu jest na świecie ludzi skonstruowanych jak ja i zupełnie z wiary w nadnaturalne, transcendentalne byty wypranych. Rozumiem innych ateistów, ale nie mam takich problemów jak oni. Rozumiem też doskonale ludzi wierzących i tak samo nie mam takich jak oni problemów. Cały czas czeka na opisanie w Kąciku moja wizyta na ateistycznym spotkaniu na Starym Mieście. Może w niej się zawezmę i temat rozwinę.

rymasz

Obejrzałem „Piratów z Karaibów: skrzynię umarlaka”. Taka tam sobie guma do żucia dla oczu – nic mądrego, ani godnego zapamiętania w tym filmie nie znalazłem, poza perfekcyjnymi efektami specjalnymi i słowem bym o nim nie wspomniał na blogu, gdyby nie pewne zapożyczenia z klasyki popkultury, które rzuciły mi się w oczy. Podejrzewam, że nie ja pierwszy je dostrzegłem, ale nie natrafiłem nigdzie na ślad poprzedników.
Otóż moim zdaniem paczka głównych bohaterów „Piratów…” jest dosłownie żywcem zerżnięta z pierwszych (tych kultowych IV, V, VI) części „Gwiezdnych Wojen”. Po kolei zatem:
Luke Skywalker, czyli Will Turner (Orlando Bloom) – wypisz wymaluj. Młody, niedoświadczony, zajebiście nawala się na miecze, ma nieuregulowane stosunki z ojcem, który służy wrogim, ciemnym mocom.
Księżniczka Leia, czyli Elizabeth Swann (Keira Knightley) – występuje zasadniczo jako ozdobnik i obiekt gorących uczuć głównych bohaterów, ale jak trzeba, to też się nawala.
Han Solo, czyli Kapitan Jack Sparrow (Johnny Deep) – rzezimieszek i przestępca, ma z wszystkimi na pieńku i każdy chce mu spuścić łomot, szuja i łobuz, ale szlachetny w głębi serca, kapitan pojazdu, którym porusza się cała banda. Oczywiście odpowiednikiem Sokoła Millenium jest Czarna Perła.
Chewbacca, czyli Joshamee Gibbs (Kevin McNally) – przydupas Sparrowa. Włochaty na pysku tak samo jak oryginał.
C-3PO i R2-D2, czyli Pintel i Ragetti – dwaj przygłupi piraci: jeden chudy, drugi gruby kurdupel. Chudy ma dylematy natury moralnej, gruby jest cwańszy. Pełnią dokładnie tę samą rolę co oryginały – mają być nieustanni zabawni.

I tak sobie pływają od przygody do przygody i nawalają się z siłami ciemności. Niektóre sceny są żywcem zerżnięte, jak np. ta z przypiekaniem Sparrowa przez dzikusów, którzy uznają go za boga zupełnie tak samo jak Ewoki uznały za boga C-3PO, a Sparrow tak samo jak Han Solo zabawnie dmucha na ogień, próbując go ugasić. Identyko, mówię wam.

Taka już jest ta amerykańska popkultura. Po cholerę wymyślać coś nowego i ryzykować, czy spodoba się gawiedzi, skoro dużo łatwiej w bajce znanej i uwielbianej zmienić kilka detali, a akcję umieścić w innych okolicznościach przyrody i sukces murowany?

rymasz

Człowiek jak się na jakimś widzimisię zapętli, to umarł w butach. Nic a nic mu nie pomoże swojego zafiksowania zmienić. I tak będzie postrzegał rzeczywistość, że im bardziej fakty będą przeczyły jego widzeniu świata, z tym większą szkodą będzie to dla faktów. Będą one nadinterpretowywane, naginane do jedynie słusznej koncepcji oraz ignorowane, jeśli będą jej stanowczo przeczyć. No ludzie tak już mają.

Każdy kierowca świata jest głęboko przekonany o tym, że fakt umycia przez niego samochodu w magiczny sposób wywołuje opady deszczu. Każdy kierowca świata tuż po wypucowaniu auta z deterministyczną zadumą mruczy pod nosem: „No to teraz się rozpada”. I rozpoczyna oczekiwanie na ten moment. No i obojętnie kiedy by po umyciu pojazdu deszcz nie spadł (godzinę, dzień, dwa, tydzień, miesiąc), zrezygnowany, ale z nutką triumfu w głosie mruknie: „A nie mówiłem?”.
Mówię co wiem, bo sam tak mam.
Planowałem nawet kiedyś taką działalność gospodarczą rozpocząć i nawadniać rejony dotknięte suszą. Pomysł na biznes był prosty. Przyjmuję zlecenie od cierpiących za powodu braku opadów tubylców dowolnego regionu świata, jadę tam swoim dzielnym Lanosem, brudząc go po drodze co niemiara. Na miejscu wyciągam z bagażnika pojemnik z wodą, szczotkę i Lanosa glancuję. Po czym w te pędy chowam się do środka i zwiewam, po drodze odbierając wypłatę, bowiem jak nic za chwilę potop prawdziwy zaleje okolicę.
Genialne, nieprawdaż?

Jednak nie zdecydowałem się na otwarcie takiego biznesu. Zdrowy rozsądek zwyciężył.

Ludzki umysł ma jeszcze tę cechę, że w celu zracjonalizowania świata, usiłuje powynajdywać jak najwięcej związków przyczynowo-skutkowych łączących jakieś wydarzenia. Często zdarza się jednak, że myli skutek z przyczyną. Kumpel mi to ostatnio przez telefon uświadomił.
„Igor, pamiętasz jak niedawno tak mocno ciśnienie spadło? W ciągu jednej nocy o ponad 100 HPa. Słuchaj, jak jechałem wtedy do pracy, to chyba ze trzech ludzi prosto na maskę mi wylazło. Tak byli zaczadzeni. I ja też cały dzień nie mogłem się skupić i rozkojarzony chodziłem. A pamiętasz jak się nabijałeś, że twoja znajoma mówiła kiedyś: „Ale wieje. Pewnie się ktoś powiesił”? No to teraz się zastanów, co powodują nagłe spadki ciśnienia? Silne wiatry, nieprawdaż? Powietrze jest przez rejony o bardzo niskim ciśnieniu zasysane z rejonów o ciśnieniu wyższym i duje przy tym, że mało łba nie urwie. A jak jest niskie ciśnienie, to ludzie są zamuleni, przygnębieni, marudni. O każde pieniądze się założę, że samobójstw w tych dniach jest więcej niż w czasie ładnej pogody i wyżu. No i co ty na to? No ma kobieta rację, tylko skutek z przyczyną zamieniła…”.

I wiecie co? Przyznałem Jasiowi rację…

rymasz

Za nic w świecie nie chciałbym zostać znaną i popularną osobą. Na całe szczęście zupełnie mi to nie grozi, więc wszystko w porządku. Znam ludzi, którzy chcą stać się znanymi i popularnymi, natomiast wśród moich znajomych brak jest ludzi znanych i popularnych. I bardzo dobrze, bo strasznie źle bym się czuł, gdybym spotkał kumpla w knajpie, zaczął z nim pogawędkę, a wszyscy dookoła pilnie nam by się przyglądali, bo znają jego gębę z telewizora. To musi być potworne uczucie. Na premierze „Fredro dla dorosłych…” mieliśmy okazję zaobserwować jak to jest pić kawę w blasku fleszów. Tam było trochę popularnych aktorów i ja im naprawdę nie zazdroszczę. Sami podeszliśmy do Pani Beaty Ścibakówny pogratulować jej świetnej roli w „Tartuffe”. Wydawała się zadowolona i trudno się temu dziwić, bo to miłe, gdy ktoś podchodzi do ciebie i chwali cię za twoją pracę, ale na dłuższą metę to musi być uciążliwe.
Ja skutki bycia osobą popularną odczułem raz w życiu.
Dawno, dawno temu wystąpiłem razem z kumplami w teleturnieju „Podaj dalej”. Rzecz emitowana była w niszowej stacji RTL7. Przegraliśmy zresztą i zamiast kasy dostaliśmy po zegarku na rękę. Samo nagranie było długie, nudne i głupio się czułem z tym całym pudrem na twarzy. No ale jednak emisja w telewizji była i ten i ów mój ryj w telepudle zobaczył. W takim świecie żyjemy, że jak kogoś w telewizorze pokażą, to osoba ta z miejsca staje się znana. Znam jego twarz, zatem jest znany. Prosta zasada.
Bawiliśmy się w sylwestra 2000 na największym balu w Ciechanowie. W sumie to niespecjalna impreza była, ale bawiliśmy się dobrze, bo silną i zabawną ekipą byliśmy. Po północy spostrzegłem, że pewna solidnie już nawalona kobieta w wieku zdecydowanie jak na mój gust potartacznym, przypatruje mi się od dłuższego czasu z wielką uwagą. Tak stała, chwiała się i gapiła na mnie jak cielę w malowane wrota. W końcu zdobyła się na odwagę i podeszła, bezceremonialnie wpychając się między mnie, a Lepszą Połowę. „Ja to pana z telewizji znam” – wybełkotała – „Proszę do tańca”. I dawaj mnie w pół i zaczyna się kiwać. Dżizas, jakaż to mordęga była. Kobieta ledwo stała, co i raz musiałem ja przytrzymywać, bo na glebę miała ochotę się wygrzmocić. Ja naprawdę nie jestem Fred Astaire, tańczenie z trzeźwą, utalentowaną i dobrze mi znaną partnerką to dla mnie duże wyzwanie, a co tu mówić o tańczeniu z najebaną, szpetną, obcą babą? Rozpaczliwie wysyłałem nieme prośby o pomoc do Lepszej Połowy, ale ona razem z naszą paczką miała z całej sytuacji zdrowy ubaw i wcale nie zamierzała przyjść mi z odsieczą. W końcu jakoś się wymiksowałem z przytrzymywania tej pani, chociaż namolnie mnie molestowała. No niestety, pijana, brzydka baba z wścieklizną macicy to widok przykry dla oczu. Zwłaszcza dla jej męża. Kobita jakoś zniosła pierwszą porażkę i zaczęła zachęcać do romansu kolejne ofiary. W końcu się narobiło, bo mąż zrobił jej awanturę, ale żona z koleżanką tak go skołowały, że wyszło na to, że się chłop niewinnej kobiety czepia. Naprawdę zabawne to było, bo niewinna kobieta 10 minut wcześniej usiłowała wsadzić język w usta jakiegoś przypadkowego balowicza. Ale to tak na marginesie.

Lepsza Połowa wysłała mnie niedawno na eliminacje do „1 z 10”. Zobaczyła w telewizji jak ktoś 3.000 wygrał i zadecydowała, że ja też mam pójść i wygrać. Rozkaz, odmaszerować i wykonać! Nie miałem wyjścia, wysłałem zgłoszenie, dostałem zaproszenie na eliminacje na 12:00 w sobotę. Przybyłem punktualnie. Rzecz miała miejsce w liceum niedaleko Polibudy. Matko, jaki tam dziki tłum był! Kolejka jak po mięso za komuny. Mam alergię na kolejki, zawinąłem się zatem na pięcie i poszedłem stare śmieci odwiedzić. Dawno w okolicach mojej Alma Mater nie spacerowałem, a przy okazji na Placu Politechniki strzeliłem sobie fotkę legitymacyjną, bo kazali mieć. Po pół godzinie wróciłem. Przed wejściem do szkoły mój kumpel ze studiów i z akademika (parę lat razem mieszkaliśmy) jarał szluga. Przybiłem z Jerzym piątkę, zaczęliśmy gadać i się okazało, że on w ramach weekendowego dorabiania siedzi w komisji i kwalifikuje do programu Sznuka. Ustaliłem, że pracują do 16:00, pożegnałem się i pojechałem do domu na obiad. Ciekawostką jest, że z Jerzym byliśmy razem w drużynie w „Podaj dalej”. Wróciłem na eliminacja o 15:30. Korytarz był już puściutki, z marszu zaprosili mnie do środka. Przepytywała mnie sympatyczna blondynka. 15 pytań, na 10 trzeba odpowiedzieć. Wywaliłem się na pytaniu „Gdzie mieściła się siedziba Hansa Franka, gubernatora Generalnej Guberni?”. Otóż w Krakowie, a nie w Warszawie.
Ja tak sobie myślę, że ja się jeszcze będę za ten program wstydził. Nie dość, że 3.000 nie zarobię to jeszcze obciachu sobie nastrzelam.
Pani spytała mnie jak z francuskiego nazywa się nadwozie samochodu. Podumałem i wypaliłem, że coupe. No kurwa mówię wam! Stres. Pani spojrzała na mnie uważnie i powtórzyła: „Nadwozie. Z francuskiego.” „Karoseria” odparłem skruszony i odpowiedź została mi zaliczona, dalibóg nie wiem czemu, bo przecież za pierwszym razem odpowiedziałem źle. Potem w odpowiedzi na pytanie „Na fladze jakiego kraju występuje cedr?” grzmotnąłem śmiało „Cypr”. No to już była totalna kompromitacja. Zatroskana pani ankieterka spojrzała mi głęboko w oczy. „Liban…” wyszeptałem zawstydzony. Odpowiedź została uznana i też nie wiem dlaczego, skoro udzielona w dogrywce. W programie bym poległ. Ale wynik idzie w świat. 14 na 15, bo pozostałe pytania rozjechałem bez problemu. Ale jestem naprawdę pełen złych przeczuć. Będzie wstyd.
Nagranie w Lublinie, w ciągu najbliższych 6 miesięcy.

Winny jestem jeszcze wyjaśnienie, skąd wiem, że Pani Marcie Klubowicz nie podobał się „Fredro…” w Komedii.
Siedziała zaraz przed nami i miała tak samo zniesmaczoną minę jak ja. Nawet nie próbowała tego ukryć.

rymasz

W sobotę byliśmy w Teatrze Komedia na premierze sztuki „Fredro dla dorosłych – mężów i żon”.

Najpierw o sztuce. Lepszej Połowie się podobało, mi nie.

Po pierwsze to sam tekst jest raczej umiarkowanie zabawny. Taka sobie komedia małżeńska, w której oboje małżonkowie się zdradzają, a żeby było pikantniej to ich kochankowie mają też romans miedzy sobą. Słowem wszyscy bzykają wszystkich i raczej nie za wiele z tego wynika do samego niedorobionego końca, z którego nie wynika już zupełnie nic.

Po drugie, to osadzenie rymowanego tekstu sprzed dwustu lat w XXI wieku to przedsięwzięcie raczej karkołomne i powinno się odbyć w sposób przemyślany. Trzeba by zacząć od zastanowienia się czy w ogóle warto i czemu ma to niby służyć. Moim zdaniem nie warto i tłumaczenia twórców, że „w świecie laptopów, komórek i cywilizacyjnych napięć obserwacje komediowego geniusza Fredry brzmią tak samo przenikliwie i aktualnie” są żałosne, bo ten tekst nijak do naszych czasów nie pasuje. Pełno w nim bardzo konkretnych odwołań do epoki i deklamowanie go we współczesnym, nowoczesnym wnętrzu to kompletna porażka.

Głównym elementem scenografii jest telewizor, co i raz zagłuszający głosy aktorów (Jolanta Fraszyńska, Joanna Liszowska, Wojciech Mecwaldowski, Michał Żebrowski). I telewizora też użył reżyser (Eugeniusz Korin), by usprawiedliwić przeniesienie akcji do współczesności. Otóż na początku spektaklu dwójka bohaterów ogląda teatr telewizji, a w nim sztukę, w której właśnie występują, z samymi sobą w rolach głównych zresztą. Tyle, że odziani są w stroje XIX-stowieczne, i umieszczeni są w salonie XIX-stowiecznym. Ale ten salon jest sztuczny i martwy. Postawić starą sofę na środku pustego pokoju do żadna sztuka. Dodatkowo główni bohaterowie celowo tekst deklamują nienaturalnie, z niezrozumiałą emfazą. A tak przecież bynajmniej nie trzeba. Wnętrze można ożywić, a aktorzy mogą swoje role wygłaszać swobodnie, jak żywi ludzie, a nie drewniane marionetki. Nie łykam tego usprawiedliwienia. Powtarzam, ta sztuka nie pasuje do współczesnego wnętrza. A to dla tego między innymi, że:
- bardzo sztucznie wygląda dwóch współczesnych facetów ekscytujących się nowo nabytym chartem (psem)
- kompletna bzdurą jest to, że główna bohaterka siedzi co i raz przed laptopem z komórką przy uchu, ale z kochankiem porozumiewa się za pomocą papierowych listów. Maili i smsów nie wysyłają?
- zupełnie niezrozumiałe jest uskarżanie się na modę na prowadzenie konwersacji w towarzystwie po francusku. 200 lat temu to miało swój sens, dziś brzmi idiotycznie.
- służący szykuje powóz, a pan hrabia odjeżdża samochodem.

Mi te i im podobne anachronizmy przeszkadzały, psuły zabawę.
Nie urzekła mnie też chaotyczna, rozbiegana gra aktorów. Poza nieznanym mi wcześniej Mecwaldowskim, który stworzył zabawną postać fircyka, nie mam kogo pochwalić. Jest sporo świntuszenia, są macanki, jest gwałtowne pieprzenie się za szybą, jest Żebrowski w bokserkach i pulchna Liszowska w samej bieliźnie. Tylko co z tego, jak erotyzmu nie ma, bo brak chemii między bohaterami?

Niestety nie robi się też śmiesznie z powodu scenek pojawiających się w telewizorze. Sorry, ale ja nie zaczynam rechotać, gdy zobaczę na ekranie gębę jakiegoś polityka, albo kopulujące szympansy bonobo z komentarzem, że ten gatunek to tak zawsze, wszędzie i z każdym.

W paru momentach było zabawnie, bo sam tekst ma kilka zabawnych momentów, ale ogólnie, to się raczej nie naśmiałem. Dla mnie (i nie tylko dla mnie, ale też np. dla Pani Marty Klubowicz) totalna kiszka.

Ale Lepsza Połowa ubawiła się serdecznie. Ja to rzeczywiście jakiś malkontent jestem.

Spektakl (wyprodukowany przez Żebrowskiego) jest wyjątkowo sprawnie i skutecznie promowany. Brawo dla producenta. Bilety na marzec i maj są już wyprzedane.

O samej premierze, o gwiazdach, fotoreporterach i światowym życiu napiszę osobną historyjkę. W niej też wyjaśnię, skąd wiem, że Marta Klubowicz była tak samo znudzona jak ja.

Swoją drogą, to niecierpliwie czekam na recenzje zawodowych krytyków. Jeszcze na żadną nie trafiłem, ale chętnie skonfrontowałbym jakąś z moimi spostrzeżeniami laika.

rymasz


  • RSS