Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 2.2007

Nic lepszego niż kulturalną recenzją wielki entuzjazm wzbudzić. He! Słuchajcie, ja wiem, że nas tu jest góra 20 osób dziennie, ale to właśnie wartość tego bloga jest. Mało tłoczno (i bardziej nie będzie) i w spokoju pogadać można. No, ale żeby aż w takim spokoju jak pod ostatnią notką to jednak przesada. Dobra, żartuję. Uparty jestem, w dalszym ciągu recenzował będę. Co mi tam.

To był wyjątkowo kulturalny weekend. No normalnie odchamiłem się tak, że zanim się znowu zchamię, to rok minie. Lepsza Połowa twierdzi, że odchamiamy się na zapas, bo jak się córka wykluje, to na jakiś czas spasujemy z przyczyn naturalnych. To mądra kobieta jest ta Lepsza Połowa, więc raczej wie co mówi. Wczoraj poszła z koleżankami na „Carmen”. Ja się nie dałem. Nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do pójścia na operę. Tak jak ja na koncerty Metalliki z kumplem Kędziorem jeżdżę (w tym roku najbliżej chyba Wiedeń. Oj, marne szanse.), tak niech LP na operę z kumpelami chodzi.
A teraz w temacie.

W piątek, na zaproszenie Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów i Towarzystwa Humanistycznego, uczestniczyłem w spotkaniu ateistów w Teatrze Stara Prochownia na Starym Mieście. Temat spotkania:
„Ateista w społeczeństwie polskim. Granice kompromisu.
- o problemach i tym jak sobie z nimi radzić?
- jak odnosić się do wierzących?
- czy akceptować elementy tradycji religijnych w swoim życiu czy może tworzyć własne?
- czy jesteśmy dyskryminowani”
Bardzo ciekawe spotkanie. Cały czas zastanawiam się czy i jaką zapodać o nim notkę. Hmmm… Hmm… Hm… Eeeee… No… Kurczę, nie wiem jak się do niej zabrać. To niestety deczko trudniejszy temat.

W sobotę byliśmy w kinie na filmie, o którym jak najszybciej chcę zapomnieć. Ale jako kulturalna, odchamiająca wizyta się liczy!

W niedzielę obejrzeliśmy w Teatrze Narodowym „Tartuffe”, czyli wg przekładu Boya „Świętoszka”. Nowego przekładu dokonał Jerzy Radziwiłowicz.
Absolutnie nie czuję się uprawniony do pisania recenzji teatralnych. Ja w teatrze w życiu byłem, no nie wiem, ze 20, czy góra ze 30 razy. No to jak ja ma się na tym znać? Książek przeczytałem pewnie więcej niż tysiąc. Filmów widziałem parę tysięcy. O tym mogę pisać. Ale o teatrze? Ale co mi tam. Napiszę.
Słuchajcie, idźcie na „Tartuffe” do Narodowego, jeśli tylko macie taką możliwość. Rewelacyjne przedstawienie.
Za chwilę napiszę moją pierwszą w życiu recenzję spektaklu teatralnego. Czuję tremę.

Lat temu ze dwadzieścia wpadła w moje ręce książka pt. „Fredzia Phi-Phi”. Znacie? Pewnie, że znacie, tylko nie w tym przekładzie. To „Kubuś Puchatek” Ireny Tuwim na nowo, wiernie przełożony. Nie da się czytać i kompletnie do dupy. Wiadomo nie od dziś. Przekłady jak kobiety, dzielimy na te piękne i na te wierne. Piękne wierne kobiety i wierne piękne przekłady najmocniej przepraszam za uproszczenie.
Sam przekład Radziwiłowicza mnie nie powalił na kolana (dużo wymuszonych i naciąganych rymów moje ucho złowiło), ale z drugiej strony bez problemów cały tekst i sens wyłapałem, o co przy gadaniu przez trzy godziny rymem jednak niełatwo. Nie podejmuję się Radziwiłowicza z Żeleńskim porównywać, więc dość o tym.

Na początku scena zaskakuje ascetyzmem. Wysokie, brązowe ściany dookoła i kilka krzeseł pośrodku. Nieciekawie to wygląda. Jednak w czasie spektaklu scena żyje. Za pomocą prostych (ale nie banalnych!) sztuczek ze światłem, otwierania kolejnych zaskakujących drzwi i okiennic w monolicie ścian, dzięki kilku nieoczekiwanym przesunięciom, jesteśmy raz na dziedzińcu, raz w salonie, raz w kapliczce, raz w prywatnym apartamencie. Majstersztyk. Skromnie, ale jakże wyraziście. Wyobraźnia bez trudu niedomówienia didaskaliami wypełnia. Brawo.

Obsada rewelacyjna. Jak dla mnie największym objawieniem była Beata Ścibakówna, którą niesprawiedliwie uważałem do tej pory przede wszystkim za żonę swojego męża. A to przecież świetna aktorka o kształtnym biuście. Do tego dramatycznie postarzała charakteryzacją Anna Chodakowska. Całkowicie wiarygodny Jerzy Radziwiłowicz jako zaślepiony i omotany Orgon. Stonowany Malajkat, który w końcu nauczył się dotykać kobietę (pamięta ktoś „VIP-a” i rozpełzane drżące dłonie Malajkata na ciele żony reżysera?). Powściągliwa, ale wyrazista Danuta Stenka. Talar i Barbasiewicz w mniejszych, ale wcale nie gorszych rolach. Jacka Mikołajczaka nie znałem, ale bardzo miło mnie swoją barwą głosu człowiek zainteresował.

Reasumując: przekład dobry, bo zrozumiały i rytmiczny, scenografia genialnie skromna, obsada rewelacyjna. Klasyczna sztuka klasycznie zapodana. Żadnych gołych dup, uwspółcześniania na siłę, grzebania w oryginale. Molier w tym wydaniu broni się sam.
Słuchajcie, idźcie na „Tartuffe” do Narodowego, jeśli tylko macie taką możliwość.
Bilety zamawia się bez trudu Internetem.

http://www.narodowy.pl/play.php?id=8984

Oj, jak mi się podobało!

PS. Istnieje realne zagrożenie, że w niedzielę będę dalej na blogu przynudzał. Tym razem w sobotę odchamiania ciąg dalszy i premiera „Fredro dla dorosłych – mężów i żon”.

http://www.teatrkomedia.pl/?nodeid=336

Jeśli tych recenzji nie da się czytać, to proszę bądźcie w tym wąskim gronie szczerzy i dajcie mi znać. Zluzuję.

rymasz

Nie mam pojęcia jak to się dzieje, że ja czasami daję się jeszcze wyciągnąć do kina na jakąś tzw. romantyczną komedię. Wczoraj były dwie na jednego (Mama i Lepsza Połowa), więc miałem małe szanse, ale jednak powinienem był bardziej protestować.
Ja z kina wyszedłem zdruzgotany, obie panie szczęśliwe, że taki zabawny, beztroski film obejrzały.
Dzieło francuskich filmowców nosiło tytuł „Miłość. Nie przeszkadzać”. W roli głównej Audrey Tautou. Reżyserował jakiś fetyszysta. Potem wyjaśnię skąd to wiem.
Teraz będę opisywał fabułę, więc jeżeli ktoś na to gówno planuje się do kina wybrać, niech nie czyta dalej. Uwaga, uprzedzam, że będzie drastycznie, z bluzgami. Nie dam rady inaczej.

Film opowiada o historii hmmm, no nie wiem jakiego słowa użyć, miłości raczej nie, pożądania może? No dobra. Zatem film opowiada o historii pewnego pożądania między dwójką młodych ludzi. Ona jest luksusową kurwą i zajmuje się podrywaniem starych milionerów w celu oskubania ich z kasy. Taka skromniejsza wersja Ś.P. Anny Nicole Smith. Zawraca prykom w ich stetryczałych łbach, zostaje bardzo drogą utrzymanką i doi z nich ile się da. Docelowo pragnie za jednego z nich wyjść za mąż i cierpliwie poczekać te kilka lat aż dziad się przekręci. Niezła suka, co? Ha, w życiu trzeba sobie jakoś radzić, a kobieta nie ma wyjścia, bo przez te kilka lat bycia zawodową utrzymanką zdążyła się do luksusu przyzwyczaić i teraz bez torebek kupowanych co tydzień za 1000 Euro żyć nie może. Spać potrafi tylko w królewskich apartamentach najokazalszych hoteli, a zjeść posiłek tylko w najlepszej restauracji. Gdzie indziej nie smakuje. Żyje tylko w ciepłych krajach. Ja to rozumiem, bo potrafię sobie wyobrazić jak luksus uzależnia. To ona.
On jest pracownikiem jednego z hoteli na Lazurowym Wybrzeżu. Wyprowadza psy bogatych rentierek, jest kelnerem i barmanem. I kompletną dupą wołową.
Z niewiadomych przyczyn jednego wieczora kurewna przez pomyłkę bierze barmana za zblazowanego milionera i ląduje z nim w łóżku. Chłop się od tego jednego bzykanka strasznie zakochuje.
Za rok ma okazję przelecieć kurewnę ponownie, z okazji jej kolejnej wizyty z nowym staruchem w hotelu, w którym facet pracuje. Niestety staruch się domyśla co jest grane i zamiast pierścionka zaręczynowego nasza kurwa dostaje kopa w chudą dupę. Okazuje się, że jej kochanek to golec, więc prędko postanawia znaleźć sobie nowego starca. Nasz barman łatwo nie odpuszcza i za całe oszczędności życia (plus kredyty i fundusz emerytalny) wykupuje usługi kurwy na kilka dni. Kasa się kończy, kurwa szuka pracy gdzie indziej, a nasz bohater przypadkiem znajduje starą bogatą wdowę, która kupuje jego usługi w charakterze maszyny do rżnięcia jej pomarszczonej dupy. I tak z kelnera zostaje żigolakiem. Oczywiście robi to z miłości, tylko dlatego, by być blisko swej ukochanej, która właśnie zgłuszyła kolejnego dziada.
Koleżanka po fachu wprowadza kolegę w arkana nowego zawodu i zdradza mu coraz to nowe skuteczne sztuczki wyciągania kasy z przekwitłych bogaczów. I tak to się chwilę toczy. W końcu oboje zrywają ze sponsorami, pierdolą się jak króliki i wyjeżdżają na skuterze w siną dal, bez kasy i perspektyw. Happy end?
Co będą robili dalej? Kogo to obchodzi? Ważne, ze uczucie zwycięża.
Ja tam wiem, co było dalej, a czego twórcy nam już nie pokazali. Na drugi dzień po „ucieczce” spłakana i skruszona kurwa wróciła do swojego dziada, a żigolak do bzykania starych raszpl. O, takie jest prawdziwe zakończenie.

No porostu porażka na maksa. Dawno takiego obrzydliwego filmu nie widziałem. Same ohydne postacie. Obleśne, cyniczne staruchy, kupujące sobie młode ciała do uciech, wyuzdane kurwy, gamoniowate żigolaki. Fuj!
Na dodatek Audrey Tautou od czasów cudownej „Amelii” straciła z 10 kg i wygląda jak wieszak na płaszcze. Bleee… Reżyser w połowie ujęć skupia się przede wszystkim na filmowaniu jej bosych stóp. Stąd wiem, że jest takim samym fetyszystą jak Tarantino, który słynie z filmowania wielkich stóp Umy Turman.
Podobno gamoń kelner jest przystojny. Może. Ja się nie znam. Nos ma w każdym razie jak hamulec od karuzeli.

I tyle mam o tym syfie do powiedzenia. Okropieństwo. O moralnej stronie wykonywanego procederu nikt nie wspomina, bo przecież samo przez się zrozumiałe jest, że dziewczyna ma prawo dążyć do osobistego szczęścia, które da jej tylko i wyłącznie kilka milionów na koncie.
I tak właśnie wyglądają dziś w tym naszym popierdolonym świecie romantyczne komedie.
To ja dziękuję bardzo.

No ale ja jestem ten cynik, co to zawsze się przyczepia. Bo przecież historia była o tym jak miłość potrafi trudności pokonać, ludzkie charaktery pozmieniać i zatriumfować na końcu ku radości wszystkich obecnych na sali. Wszystkich poza Rymaszem, który „Pretty woman” też uważa za opowieść o kurwie. Żadnej mojej koleżance to słowo nie chce przejść przez gardło, gdy pytam, kogo gra w tym filmie Julietta Roberts.
Niedobry Rymasz!

rymasz

Na pysk padasz, chcesz już śnić
Dzień po dniu pod górę orzesz
Nic nie mając możesz być
Lecz nie będąc mieć nie możesz

Igor

Po skończeniu studiów rozpocząłem pracę jako młody inżynier na budowie. Inżynier od instalacji. Moją pierwszą budową była modernizacja hali sportowej w Ciechanowie. Pod koniec budowy, w tej części obiektu, która była już gotowa, odbywały się treningi kadry Polski w podnoszeniu ciężarów.
Ciechanów to miasto ciężarowców. Ireneusz Paliński był z Ciechanowa. Doda Elektroda jest z Ciechanowa. Doda oczywiście nie jest ciężarówką, ale jej tata Paweł Rabczewski był. Nie, Agata Wróbel nie jest z Ciechanowa.
Myśmy kładli te rury, reprezentanci Polski dźwigali ciężary. Przeszkadzaliśmy sobie nawzajem. Wódowlańcy ciężarowcom, bo hałasowali i kurzyli, sportowcy wódowlańcom, bo nie pozwalali hałasować i kurzyć, a przez wydzieloną dla nich salę trzeba było chyłkiem i na paluszkach przemykać.
Obserwowanie ich treningu było dla mnie zajęciem fascynującym na tyle, że o bożym świecie potrafiłem zapomnieć, zapatrzony w zmagania tych Atlasów.
Podchodzi ciężarowiec do sztangi. Fuka na nią. Tak ze trzy razy. Odchodzi. Wali się całej siły w łeb. Tak ze trzy razy. Podchodzi znowu. Wrzeszczy. Aarrrrrrrgghhhhhhh!!!!!!. Kuca. Oplata gryf sztangi wielkimi jak kompleksy nastolatka dłońmi. Kilkakrotnie bardzo szybko wciąga i wypuszcza nosem powietrze. Patrzy przed siebie niewidzącym wzrokiem. Wrzeszczy dwa razy głośniej niż poprzednio (Aarrrrrrrgghhhhhhh!!!!!! x 2) i wstaje ze sztangą nad głową. Czerwony na pysku jak Lepper, gały mało mu z oczodołów nie wypadną, szczęki ma tak zaciśnięte, że gdyby mu między nie stalowe pręty włożyć, to by je jak paluszki pokruszył, żyły na szyi i skroniach pęcznieją i mało skóry nie rozerwą. Trzyma sztangę nad głową i chwieje się jak zalany w trupa. A potem z wielkim hukiem spuszcza ją na ziemię.
Za cholerę nie mogłem zrozumieć co pcha ludzi do tego, by tyle żelaza w górę unieść. Wbrew prawom biologii. Normalni ludzie nie umieją podnieść z ziemi 200 kg ciężaru.
Dlatego moje przygody z siłownią były raczej krótkotrwałe.
Gdy miałem lat 15 to chodziłem na siłownię kilka miesięcy, ale zamiast ciężary dźwigać biegałem po boisku i wrzucałem piłkę do kosza.
Gdy miałem lat 27 poszedłem na siłownię, by przytyć, bo ważyłem 67 kilogramów i nie było widać perspektyw, bym miał kiedykolwiek zacząć ważyć więcej. Zniechęciłem się szybko, bo ja dźwigałem po 50, a napakowane brojlery 150 kilogramów. Głupio mi było.
Niedawno znowu zacząłem na siłownię chodzić. Tym razem po to, by trochę smalcu jednak wytopić. Już się nie wstydzę, że ja mogę mniej niż oni dźwignąć. Wali mnie to. Co więcej, patrzę na nich z wyższością. Patrzę jak się prężą przed lustrami, podziwiają swoje wyrzeźbione sylwetki i z pogardą spoglądają na moją piwną oponkę. Ha! Laicy…
Skąd ta pogarda? Czy jeden z drugim zdaje sobie sprawę ile heroicznego wysiłku wymagało przekształcenie tego wątłego niegdyś ciała w otłuszczone cielsko? Czy oni wiedzą ile lat treningów, często w samotności, ile hektolitrów wypitego piwa kosztowała zmiana tego płaskiego niegdyś brzucha w pokaźnych rozmiarów cysternę? Ależ skąd! Nic nie wiedzą na ten temat i myślą, że to oni są tytanami systematycznego treningu. Ech profani. Spróbowałby by który tego się podjąć, zaraz by się poddał i zniechęcił. Mięczaki, mówię wam…

rymasz

Głód jest potrzebny, bo gdybyśmy go nie odczuwali, to byśmy z głodu powyzdychali. Tak samo pragnienie jest potrzebne. I ból jest potrzebny.

„W północnym Pakistanie naukowcy natrafili na chłopca, który zarabiał na życie ulicznymi popisami. Wbijał sobie w ciało noże i chodził po rozżarzonych węglach. U tej rodziny został okryty zmutowany gen SCN9A, ma zmienione białko, które powstaje na jego podstawie i które wchodzi właśnie w skład kanału jonowego(…). Naukowcy sprawdzając, czy zmiana ta niesie jakieś konsekwencje, niż tylko brak odczuwania bólu, dotykali palców badanych bawełnianym wacikiem i kłuli igłą. Badani czuli dotyk, jego siłę, reagowali też na ciepło i zimno, lecz nie czuli bólu(…).

Chłopiec badany przez dr Woodsa, nie czuł bólu i jego organizm nie nauczył się prawidłowo reagować na sytuację zagrożenia. Nie cofał ręki, gdy dotykał czegoś palącego, nie czuł, że ma złamaną rękę. Także krewni chłopca, którzy mieli uszkodzony gen SCN9A doznawali wielu obrażeń. Gryźli się w język, wargi, czasem wymagało to operacji plastycznych.
Skutki były takie, iż „dzieciak, który w ogóle nie czuje bólu”, nie dożył czternastych urodzin. Zabił się, skacząc z dachu własnego domu. Chciał popisać się przed tłumem.”

No logiczne. Odruchową reakcją na ból jest działanie, które prowadzi do ucieczki od zewnętrznej przyczyny jego powstania. Człowiek, który nie czuje bólu, nie reaguje na niego właściwie i pakuje się coraz większe tarapaty. Najniebezpieczniejsze choroby to te, podczas których nie boli. Taki jebany nowotworek cichutko, bezboleśnie się rozwija, a gdy wreszcie zaboli, to jest już pozamiatane. I czapa. A gdyby zabolał na samym początku, to bez trudu by go łapiduchy załatwiły.

Ale czy to znaczy, że odczuwając głód, pragnienie i ból mamy się cieszyć? Czy ich odczuwanie to coś dobrego?
Ależ skąd!
Masochiści lubią ból. Ale to świry. Normalni, zdrowi ludzie, lubią gdy ich nie boli, gdy są najedzeni i nie chce im się pić. Jedyna korzyść, jaką można odnieść ze świadomego umartwiania się i zadawania sobie nieprzyjemnych doznań jest taka, że człowiek się umacnia w przekonaniu, że cierpienie jest do dupy!
Jak ja nienawidzę być głodny, jak ja nienawidzę, gdy jest mi zajebiście zimno, a muszę iść do fabryki walcząc z podmuchami lodowatego wiatru, jak ja nie nienawidzę, gdy boli.
Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie kaleczy duszę. Cierpienie jest złe. Źle jest cierpieć. Złem jest zadawanie cierpienia.

Gówno, a nie wielkie dzieła sztuki powstają z powodu cierpienia. Jeśli ktoś cierpiący wielkie dzieło sztuki tworzy, to tworzy je na przekór swojemu cierpieniu.

Zapamiętajcie to sobie raz na zawsze. To wielka mądrość jest:
LEPIEJ BYĆ ZDROWYM I BOGATYM NIŻ CHORYM I BIEDNYM.

Jeśli ktoś twierdzi inaczej to ma kuku na muniu.

rymasz

Jeść i pić trzeba. Są co prawda wariaci, którzy głoszą, ze ludzie jeść nie muszą. Wystarczy im wodę popić i się poopalać. Słowo honoru. Są takie świry. Proponuję ich zignorować. Ich problem, bo tak nas przecież dobór naturalny skonstruował, że to co nasz organizm musi robić, żeby nie umrzeć i zapewnić przetrwanie genom, jest przyjemne. To logiczne. Gdyby nie było przyjemne, to z niedużym entuzjazmem byśmy to robili i prędko wyzdychali w związku z tym zapewne.
Zatem jedzenie pożywnych i świeżych pokarmów jest przyjemne.
Oddychanie jest przyjemne, choć zwykle nie zwracamy na to uwagi z tego powodu, że oddychamy bez przerwy. Żeby się przekonać, jaka to frajda oddychać, proponuję wsadzić na minutę łeb do miski z wodą. Przeciętny człowiek bez oddechu potrafi podobno półtorej minuty wytrzymać, ale ja wam gwarantuję, że szybciej głowę wyciągniecie z wody i rozkoszą zaczerpniecie głęboki haust powietrza.
Picie to wielka frajda. Cóż większą przyjemność sprawi i lepiej pragnienie zaspokoi niż szklanka chłodnej, źródlanej wody w upalny letni dzień? No cóż?

No?

Zimne piwo oczywiście. Proste chyba, nie?

Przyjemne bez wątpienia są czynności, które wykonuje się w parach w celu przedłużenia gatunku. Są też entuzjaści, którzy preferują większe grono oraz introwertycy, którym własne towarzystwo wystarcza, ale w tym wypadku o przedłużaniu gatunku mówić nie sposób. Rozwój nauki oraz związana z nim ściśle rewolucja w dziedzinie antykoncepcji sprawiły, że w świecie współczesnym bez trudu oddziela się spółkowanie od produkcji potomka. A to powoduje, że większa frajda, bo strachu przed niechciana ciążą brak. Niezły paradoks, nie? Seks jest przyjemny, bo pomaga w przedłużaniu gatunku, ale obecnie najprzyjemniejszy jest dlatego, że uprawia się go dla samej przyjemności, a nie dla rozmnażania. A w związku z tym seks jest w naszej współczesnej kulturze wszędzie, bo tak przyjemnie się kojarzy. Popkultura skutecznie zmanipulowała umysły konsumentów. Seks przestał być łączony z płodzeniem potomstwa, a zaczął z byciem cool. Więcej bzykasz – jesteś fajniejszy. Z jakąż dziką perwersją kolorowe tygodniki donoszą na pierwszych stronach, że podziwiane na całym świecie gwiazdy szołbiznesu spędzają wolny czas przede wszystkim na ćpaniu i pierdoleniu się z kim popadnie. Współczesne reklamy batoników czy maszynek do golenia puszczone w telewizji dwadzieścia pięć lat temu spowodowałyby zamieszki. Jak nic siedziby producenta i stacji, która reklamę puściła poszłyby z dymem.
Przyjemne może być też wykonanie innych czynności, o których, dzięki wrodzonej i nabytej w procesie wychowania kindersztubie, jednak nie napiszę.
Jak zwykle zaczynam przeginać z dygresjami.

Z jedzeniem w zaawansowanych cywilizacyjnie społeczeństwach jest jak z seksem. Kiedyś jadło się po to, żeby przeżyć. Większą przyjemność sprawiało co prawda zjedzenie tłustego, dobrze podpieczonego kurczaka niż surowego, nadpsutego z lekka gołębia, ale gdy w grę wchodzi „być albo nie być”, to człowiek nie wybrzydza. Dziś, z powodu nadmiaru pokarmu, zaspokajanie głodu schodzi na drugi plan. Na pierwszym pojawia się przyjemność związana z jedzeniem.

cdn.

Dodano o 23:16.
Właśnie przeczytałem mój tekst jeszcze raz. Znalazłem w nim taką głupotę, że wpadłem w depresję i zadumę nad własną niefrasobliwością. Ale nic nie zmienię. Niech zostanie. Czy ktoś zgadnie, co jest w tym tekście kompletnym idiotyzmem, będącym dowodem na to, że zanim autor coś upubliczni, warto to przeczytać więcej niż jeden raz?

rymasz

Na początek stwierdźmy, że istnieje bezwzględna prawda o istnieniu lub nieistnieniu Boga. Niestety, człowiek tej prawdy nie jest w stanie poznać. Brak jest dowodów zarówno na istnienie jak i nieistnienie Kreatora. Zatem w Stwórcę można wierzyć, nie wierzyć, lub twierdzić, że się nie wie. Czy ktoś się nie zgadza?
A teraz rozpatrzymy po kolei każdą z możliwych postaw wobec faktu o niemożliwości empirycznej sprawdzalności istnienia przedwiecznego.

1. Wierzę w Boga.
Osoba wierząca w Boga stawia hipotezę, że Bóg istnieje. Z logicznego punktu widzenia jest to tyle samo warte ile stawianie hipotezy o jego nieistnieniu. Osoby wierzące w Boga nie wierzą jednak w jakiś abstrakt, niepoznawalną siłę sprawczą, praprzyczynę wszechrzeczy. Ludzie wierzą w bardzo konkretnych Bogów, a raczej wierzą w swoje wyobrażenie na temat Bogów. Jak stwierdziliśmy wyżej, nie sposób nawet dowieść, czy Bóg istnieje, zatem skąd dowiedzieć się, jaki jest, jeśli istnieje? Nie da rady. Trzeba wymyślić.
Ktoś się nie zgadza? Skoro się nie zgadza, to musi udowodnić, że jednak istnieją sposoby poznania natury przedwiecznego. A skoro można się dowiedzieć jaki jest Bóg, to znaczy, że Bóg jest. A skoro Bóg jest, to da się tego dowieść. Jeśli zatem ktoś nie zgadza się z tym, co napisałem, musi udowodnić istnienie Boga. Jeśli nie jest w stanie tego zrobić, to nie jest w stanie również udowodnić, że to, co napisałem jest bzdurą.
Zatem ludzie wierzący próbując opisać Boga, opisują nie jego, bo przecież jest niepoznawalny, ale zaledwie swoje wyobrażenie o nim. Nadają Bogu bardzo konkretne atrybuty. W zależności od swoich wyobrażeń o świecie, w zależności od sytuacji swojej, swojej rodziny, plemienia, narodu, wyobrażają sobie Boga, który najlepiej spełnia ich potrzeby.
Ludzie nawymyślali bardzo wielu najróżniejszych bogów i nadali im bardzo wiele atrybutów. Ludzie wymyślili bogów złych, zazdrosnych, zawistnych, małostkowych, okrutnych, dobrych, miłosiernych, kochających. Na ile im tylko wyobraźni starczyło, takich sobie wymyślili.
Przypominam. Nie umiemy nawet stwierdzić, czy Bóg istnieje, zatem wszelkie jego opisy są wymysłami.
I w ten sposób obok hipotezy na temat istnienia Boga (bogów), wierzący stawiają hipotezę na temat tego jaki Bóg (bogowie) jest (są). I strasznie się do niej przywiązują, wierząc w nią tak żarliwie, że staje się dla nich rzeczywistością. Wszelkie fakty zaczynają interpretować zgodnie z postawionymi hipotezami.
Wiecie co się robi z ludźmi, dla których fantazje i złudzenia produkowane przez ich mózgi stały się rzeczywistością? Leczy się ich, żeby przestali dostrzegać złudzenia, a zaczęli widzieć świat, który ich otacza.
Czy ktoś jest w stanie logicznie dowieść, czym nie poparta dowodami, a oparta jedynie na subiektywnych złudzeniach wiara w to, że jest się Napoleonem, różni się od nie popartej dowodami i opartej jedynie na subiektywnych złudzeniach wiary w to, że istniej Bóg, który charakteryzuje się tym lub tamtym? Nie sądzę. Argument, że wielu ulega temu samemu złudzeniu i w to samo wierzy jest nic nie wart. Wielu ludzi wierzyło w komunizm. I co z tego? Stał się przez to słuszny i logiczny?
Z tego przywiązania do własnego wyobrażenia Boga wynika bezpardonowa i bezwzględna konkurencja na rynku. Tylu tych jedynie słusznych Bogów, tyle prawd objawionych… A wszystko to przecież zaledwie nieudolne hipotezy.
Czego dowiadujemy się zatem dzięki wierze ludzi, którzy wierzą w Boga? Dowiadujemy się jaki ich zdaniem powinien być Bóg, jeżeli by istniał. O samym Bogu nie dowiadujemy się nic.

2. Nie wierzę w Boga
Stawiam zatem hipotezę, że Boga nie ma. Udowodnić jej nie potrafię, bo dowodów na nieistnienie brak tak samo, jak dowód na jego istnienie. Tu podobieństwa się kończą, bowiem nie stawiam dalszych hipotez, na temat Boga. Nie wierzę, więc nie próbuję zgadnąć, jaki jest. Co więcej, o ile w istnienie Stwórcy nie wierzę, to wiem że Bogów takich jakimi opisują ich ludzie zwyczajnie nie ma. Nie ma Boga Jahwe, Allacha, Thora, Krishny, Zeusa itd. Żadnego z tych Bogów nie ma, bowiem ludzie, którzy ich opisywali, zwyczajnie fantazjowali. Jeśli zatem nawet domniemany Kreator istnieje, to jest nieskończenie małe prawdopodobieństwo, że jest taki, jak opisuje go jakaś religia. Na dodatek w żaden sposób nie da się ustalić, która to religia. Dodatkowo, ludzie opisując Boga, pojęcia nie mają, co tak naprawdę opisują, bo niby skąd?
Zatem: nie wierzę w Boga i wiem, że nie istnieje żaden z opisanych przez religie bogów. Problem z głowy.

3.
Nie wiem, czy Bóg istnieje. Ani w niego nie wierzę, ani w niego wierzę.
W skrócie: nie wiem czy Bóg istnieje, ale wiem, że nie istnieje żaden z opisanych przez religie bogów (powody identyczne jak wyżej). Problem z głowy. Jakie ma znaczenie, czy jest Bóg, czy go nie ma, skoro i tak za życia nie dowiemy się jaki jest i czego od nas oczekuje, a jedyne co robimy, to stawianie nieudolnych hipotez?

Starałem się krótko i po żołniersku.
Nie obrażam niczyich uczuć religijnych.
Celowo nie wspominam o tym co wiara w Boga daje wierzącym, co z tej wiary wynika i dlaczego tylu ludzi wierzy. To nie ma nic wspólnego z poruszanym przeze mnie tematem.
Jedyne co chciałem osiągnąć, to logicznie wyklarować skąd wiem, że nie istnieje żaden z bogów opisywanych przez religie świata.

Chętnie poznam logiczne argumenty dowodzące, że błądzę.

rymasz

Leniwa niedziela. Rymasz, Lepsza Połowa i maleńka córeczka w brzuchu mamy leżą sobie na kanapie przed telewizorem i oglądają „Familiadę” (no dobra, córka nie ogląda).

rymasz: Wiesz kochanie, Anthony Hopkins powiedział kiedyś, że duża inteligencja przeszkadza w byciu dobrym aktorem. Karol Strasburger nie ma tego problemu.

rymasz


  • RSS