Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 1.2007

Najlepszą książką napisaną po polsku jest „Lalka” Bolesława Prusa. Tuż po „Lalce” jest „Dobry” Waldemara Łysiaka, a następna w kolejce czeka „Sowa, córka piekarza” Marka Hłaski.

Najlepszą płytą na świecie jest „Floodland” Sisters of Mercy. Drugie miejsce przypada „Master of Puppets” Metallicy.

Nikt nie skomponował nic piękniejszego niż „Requiem” Mozarta.

Najlepszym zespołem na świecie byli The Beatles. ABBA jest zaraz za nimi.

Nikt nie grał i już nigdy nie zagra w koszykówkę lepiej od Michaelea Jordana.

Największym pisarzem świata był i już na zawsze zostanie Szekspir.

Najlepszym filmem na świecie jest „Unforgiven” Clinta Estwooda.

Ktoś ma inne zdanie?

rymasz

Antonim

15 komentarzy

rymasz: Kochanie, co jest przeciwieństwem do honoru? Jeden człowiek jest honorowy, a ten drugi…?
Lepsza Połowa: Nie jest honorowy.

;-DDD

No właśnie, jaki jest antonim do „honoru”? Ja postawiłem na „zaprzaństwo”, ale przekonany do końca nie jestem.

rymasz

Piękny, potrzebny spektakl. Tak właśnie trzeba uczyć historii i patriotyzmu. Bez relatywizowania i tłumaczenia skurwysynów. Wystarczyła konfrontacja postaw wobec bandyckich metod i bandyckiego reżimu. Młoda, dzielna dziewczyna dla której honor i miłość do Ojczyzny to rzeczy najważniejsze, takie za które warto oddać życie i banda plugawych zdrajców, którzy sprzedali duszę diabłu. Cała galeria odrażających typków: od bezwzględnych, sadystycznych ubeków, poprzez bezmyślnie okrutnych w swoich kłamstwach milicjantów, sprzedajnych sędziów, cyniczne strażniczki, skończywszy na potulnych wykonawcach rozkazów. Wszyscy oni byli odwróceni, gdy Polacy mordowali tę bohaterską Polkę. Nie umiem pisać bez patosu o patriotyzmie. A ten spektakl, bez patosu tę historię opowiedział. Prawdziwą, tragiczną historię. Czasami jednak warto mieć telewizor.

rymasz

Coś mi się wydaje, że to już ostatnie chwile Kącika.
Obiecałem sobie, że jeśli po urodzeniu córki zacznę odczuwać palącą potrzebę dzielenia się z czytelnikami fascynującymi opowieściami o smółce, kolce, przewijaniu, nocnym wstawaniu, pierwszym uśmiechu, pierwszym „tata”, pierwszych kroczkach itd., itp., to samokrytycznie uda mi się to zdiagnozować i w porę wycofać. Nie wyobrażam sobie, żeby ten blog miał się zmienić w taki właśnie dziennik rodzicielski, jakich dziesiątki tysięcy. Rzecz jasna w tej mierzwie 95% to śmieci, reszta przyzwoita, a w niej kilka perełek, tak jak blog Wawrzyńca Puskyego. Jakikolwiek poziom miałbym szansę osiągnąć (stany średnie jak sądzę), nie podejmuję się próbować. Nie chcę, żeby w coś takiego Kącik się zmienił.

Niestety, zagrożenie jest wielkie. Ze zgrozą to stwierdzam. Odnajduję w sobie od niedawna, uczucia i stany emocjonalne, zupełnie mi wcześniej obce. Przy małych dzieciach potrafię się kompletnie rozkleić i w rozmemłaną ciapę zmienić. Biorę je na ręce, noszę w tę i nazad, czerpiąc z tego noszenia przyjemność. Wzrusza mnie i niepokoi ich płacz. Uśmiecham się do kobiet w ciąży. Z zaciążoną koleżanką z fabryki prowadzę frapujące dyskusje na temat wyprawek, lekarzy, szpitali, szkół rodzenia.
A jeszcze niedawno byłem całkiem zdrową, męską szowinistyczną świnią, która obecność jakiegokolwiek dziecka notowała w towarzystwie dopiero, gdy bachor się zesrał, albo innego bydła narobił, imprezy, na które rodzice przyszli z dziećmi, uważała z definicji za nieudane, była zdania, że na czas ciąży kobiety należy trzymać w odosobnionych miejscach i możliwie najrzadziej wystawiać je na widok publiczny, a od rozmów na tematy rodzicielskich dylematów za ciekawsze uważała rozmowy o serialu „M jak miłość”.
I co się ze mną stało?
Sylwestra spędziliśmy u nas, z dwoma kumplami z pierwszego roku z akademika, których kobiety również przy nadziei są (niezły zbieg okoliczności, co?). Taka sympatyczna kameralna impreza dla przyszłych rodziców. Było miło, tańczyliśmy, żony nie piły, my i owszem, pożar był w bloku (raca wpadła na balkon na ostatnim piętrze), straż przyjechała z wielką drabiną, bo lokatorów nie było w domu. No sielanka. Mieliśmy o czym gadać w podgrupach. Chłopy o dawnych czasach oraz o przeróżnych aspektach dotyczących pożarów, a kobiety, to chyba wiadomo o czym.
W piątek siedziałem w poczekalni w towarzystwie sześciu ciężarnych kobiet (wliczając Lepszą Połowę) i każda z nich wydawała mi się atrakcyjna. Nie seksualnie, o tym nie pomyślałem nawet przez sekundę (Boże, co ja piszę?!), ale tak jakoś zwyczajnie, bez erotycznego podtekstu, atrakcyjna. No miłe, sympatyczne, kobiety, które zabawnie chodzą, rozstawiając nogi na boki i wyglądają jakby balon połknęły.
A na USG, gdy zobaczyłem trójwymiarowe (w tym sensie, ze trzy wymiary widać, a nie przekrój jedynie przez jedną płaszczyznę) zdjęcie twarzy mojej córki, która w chwili obecnej waży pół kilo, rozpłynąłem się jak kostka smalcu na gorącej patelni.

O, właśnie do tego nie chcę dopuścić. Bo w tej chwili gotów jestem zakatować was opisem badania USG. Ze szczegółami. Na temat dziecka, które czeka na narodziny w brzuchu Lepszej Połowy, gotów jestem w gorączkowym uniesieniu poemat za poematem tworzyć.

Wobec tego naprawdę marnie widzę przyszłość Kącika. Do maja to jeszcze pewnie dam jakoś radę, ale potem? Hmm…
Jakieś pomysły?

PS. No to jeszcze muszę napisać. Najlepsza Teściowa Na Świecie, gdy obejrzała tę średniowyraźną podobiznę dwudziestodwutygodniowego płodu, z wielką pewnością siebie ogłosiła, że dziecko jest podobne i do mnie, i do Lepszej Połowy. Po równo! Hyhyhy… Uśmiałem się niemożebnie, za tę jej niepohamowaną potrzebę czynienia dobra bliźnim i nie sprawiania im przykrości, tylko przyjemności. Za to między innymi tak wielbię Najlepszą Teściową Na Świecie.

rymasz

Krawat

16 komentarzy

Kto wynalazł męski zwis,
niechby był jebany skisł.
Niech bydlaka trafi szlag.
Czemu mówię właśnie tak?

Bo nie cierpię, gdy oplata
szyję moją węzeł. Klata
„ozdobiona” jest krawatem.
Temu się sprzeciwiam zatem,

by mi dyndał kawał szmaty.
Na co komu są krawaty?
Ja się wieszać nie planuję,
na krawaty wszystkie pluję.

Czemu służy ta „ozdoba”?
Czy to komuś się podoba?
Jakże wielce niedorzeczna
ta umowa jest społeczna.

Elegancki chłop – w krawacie.
Po tym właśnie go poznacie.
Cham i prostak – bez krawata.
Pierdy smerdy. Srata tata.

rymasz

W dzisiejszych czasach nie wypada człowiekowi, którego doświadczenie pisarskie nie ogranicza się jedynie do składania własnego podpisu na paragonie w hipermarkecie, nie napisać nic o Gazecie Wyborczej. Ja co prawda pisanie na tym blogu traktuję wyłącznie jako niewinne hobby, ale wyłamywał się nie będę. Ziemkiewicz z pisania o GW swój znak firmowy uczynił. W ogóle wszyscy o niej piszą, to i ja sobie napiszę, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wszystkich mam z GW pewne doświadczenie hmmm… zawodowe.

Kiedyś GW ogłosiła konkurs „Grasz o staż”, czy jakoś podobnie. Bezrobotny byłem akurat od kilku tygodni, zdesperowany (bezrobocie powoduje u mnie bardzo złe samopoczucie, choć np. to właśnie dzięki byciu bezrobotnym nauczyłem się gotować), więc wziąłem w nim udział. Nie to, żebym lubił tę gazetę. Wręcz przeciwnie, uważam ją za wyjątkowo naginającą fakty w celu udowodnienia jedynie słusznej interpretacji wydarzeń bieżących, teraźniejszych i przeszłych. „Michnikowszczyznę” Ziemkiewicza zaś gorąco polecam. Ale jako rzekłem, zdesperowany z lekka już byłem.

Pierwszy etap konkursu to był test z wiedzy ogólnej na czas w internecie. To znaczy w domu trzeba się było na stronę załogować i w pół godziny na ileś tam pytań odpowiedzieć. Ponieważ w googlowaniu jestem ekspertem, to bez trudu przeszedłem do drugiego etapu.

Drugi etap konkursu to był test na czas w siedzibie GW.
Tyle pisali o tej siedzibie, że takie cudo architektury, a ona jest zwyczajnie brzydka, bo te deski, którymi ją poobkładali się w mig wyświechtały i cała chałupa wygląda jak zmurszała stodoła. W środku jeszcze gorzej, bo wnętrze sprawia wrażenie, jakby inwestorowi kasa się skończyła i w połowie roboty był zmuszony pogonić w cholerę wszystkie ekipy. No niedorobione takie wszystko. Podobno jak takie niepodokańczane, to bardzo nowoczesne. Ja się za cholerę nie znam na architekturze, więc mi się ma prawo takie niedorobione jednak nie podobać, bo mi żaden ekspert jeszcze nie wytłumaczył, co mi się powinno podobać, więc chcąc nie chcąc, zmuszony jestem polegać na własnym zdaniu. ;-)))

Wracając zaś do drugiego etapu konkursu „Grasz o staż”, to był to podobny do pierwszego test z wiedzy ogólnej, ale pod nadzorem cerberów. Podzielili nas na 3 grupy chyba, po 40 osób. Albo jakoś podobnie. No nie pamiętam. Co godzinę kolejna grupa. Byłem w drugiej Spóźniłem się na te eliminacje parę minut i okazało się, że w dużej sali, w której wszyscy konkursowicze siedzieli przed komputerami, nie ma już wolnych miejsc. Pani prowadząca konkurs wyekspediowała mnie w asyście swojego kolegi do innego stanowiska, czyli do miejsca pracy tego pana na piętrze. Chłopak mnie tam zaprowadził. Załogował na stronę, na której w czasie rzeczywistym właśnie zaczynał się quiz i sobie poszedł. Zostałem sam. Sam. Tylko ja, test z wiedzy ogólnej i google. Nie oszukujmy się. Tylko szympans by nie zdał. W cuglach załapałem się do trzeciego etapu.

Tu przerwę na sekundę, bo przypomniała mi się historia, gdy na pewnej rozmowie kwalifikacyjnej (w tym samym mniej więcej czasie, to była ta sama sesja szukania pracy) postawiono przede mną zadanie napisania odwołania od decyzji komisji przetargowej. Byłby to luzik, gdyby nie to, ze kazano mi to napisać po angielsku. Ja nie umiałem wtedy za bardzo po angielsku, chociaż chętnie wpisywałem tę umiejętność w cv. Tak wypadało. Ponieważ angielskiego uczyłem się sam na tekstach Metalliki i Sisters of Mercy, to w pisaniu miałem bardzo słabe doświadczenie. Dali mi to zadanie i poszli w cholerę, zostawiając samego w pustej sali. Czym prędzej napisałem więc krótkie wypowiedzenie po polsku, wyciągnąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do Lepszej Połowy, która jest tłumacz z angielskiego. Uwinęła się dziewczyna w parę chwil. Ledwo zdążyłem schować telefon, drzwi się otworzyły i dwaj panowie, którzy mnie przesłuchiwali, wrócili do środka. Ja tak czuję, ze te cwaniaki mnie podglądały, bo na ten tekst nawet okiem nie rzucili. Ciekawe, co?

Wracając zaś do trzeciego etapu konkursu, to przeszło do niego 20 albo 30 osób. No naprawdę nie pamiętam. W każdym razie dumny byłem, że do ścisłego finału się załapałem. Ten trzeci etap to była ścisła tajemnica. Nikt nie wiedział co będzie tym razem. Szczęśliwym zrządzeniem Fortuny, dzień wcześniej (piątek) jakaś impreza wypadła. Też już nie za bardzo pamiętam z jakiej okazji, ale dobrze pamiętam, kto mnie na niej podstępnie i haniebnie spił tequillą. Rankiem czułem się wyjątkowo podle. Tequilla ma to do siebie, ze fajnie się nią upić, ale kace powoduje straszliwe. Przynajmniej w moim przypadku. Nieogolony, z podkrążonymi oczami, cuchnący, nieprzytomny, pojechałem do siedziby GW. Podczas krótkiej odprawy poinformowano finalistów, że dzisiejsze zadanie to ruszyć w miasto i napisać dwa krótkie reportaże, które trzeba przesłać do redakcji do godziny 19:00 czy 20:00 bodajże. Bardzo się zatem ucieszyłem, że nikt nie będzie mnie maltretował i w te pędy wróciłem do domu, żeby odespać straconą noc. Gdy się obudziłem do napisania dwóch krótkich reportaży z życia miasta zostało mi jakieś 120 minut. Włączyłem telewizor. Na WOT nadawali relację z otwarcia mostu Siekierkowskiego na Wiśle (stąd wiem, że to 21 września 2002 był). Ten most bardzo blisko siedziby GW jest. Uznałem, że napiszę o tym reportaż. Szybko znalazłem w internecie relację z tego otwarcia. ctr+A, ctr+C, ctr+V. Pierwszy reportaż miałem gotowy. Drugi napisałem o tym, żeby w tramwajach uważać, bo telefon mogą skroić (kilka dni wcześniej kumplowi banda młodocianych bandytów skroiła). Wysłałem je kilka minut przed upływem wyznaczonego czasu. Ja te teksty pewnie gdzieś jeszcze mogę mieć. Hmm, aż sam się zaciekawiłem, ale dziś już nie chce mi się szukać.

Za tydzień przesłuchiwała mnie trzyosobowa komisja (zastępca Michnika, i jakieś dwie starsze kobiety, nie znam nazwisk, ale redakcyjne szyszki). No poszedłem tam, chociaż nie wiem po co. Po takich „reportażach” to strata czasu była ewidentna. Pogawędziliśmy przyjacielsko o tym i owym, dla żartu już, żeby ułatwić tym Państwu decyzję, zaprezentowałem kilka niepopularnych w GW poglądów i się rozstaliśmy. Stażu nie dostałem, podobnie jak tej roboty od odwołania. I Bogu dzięki! Bo po drugie, ta firma od odwołań splajtowała w krótkim czasie (Elektrim Megadex), a po pierwsze, to gdybym dostał ten staż w Wyborczej, to byłby przecież straszny wstyd teraz.
Zatem drogi Hugo. Dzięki serdeczne, że spiłeś mnie wtedy tą tequillą! ;-DDD

rymasz

PS. Tak się zastanawiam, czy takie długie teksty wklejać na raz, czy może jednak lepiej na odcinki dzielić?

Koszulka

6 komentarzy

Tytułem wstępu: 12 lat temu, byłem jakieś 25 kilogramów młodszy.

Wieczór. Kładziemy się spać.

Rymasz: Zwinęłaś mi koszulkę do spania!
Lepsza Połowa: Brudna była. Dlaczego zamiast marudzić, nowej sobie z szuflady nie wyciągniesz?
Rymasz (zakładając koszulkę z szuflady): Ta będzie niezła. Kurczę, to jest koszulka! Pamiętasz, kupiłaś mi ją 10 lat temu w Londynie. Zajebista jest, ciągle się trzyma.
Lepsza Połowa: 12 lat temu. I w Paryżu, nie w Londynie. (krytycznie) Ale wtedy to ja za dużą ci ją kupiłam.
Rymasz (wciągając brzuch): No zobacz, tak wtedy wyglądałem. (Po chwili. Krytycznie.) Nie, tak to ja nie wyglądałem. Ale też byłem przystojny.

;-)))

rymasz

Przepis na Bigos Tolka trafił do mnie dzięki internetowej znajomości z Krzysztofem Ligęzą. Poznaliśmy się na forum na stronie Wojciecha Cejrowskiego (Krzysztof występował tam jako Smakosz), kilka razy pospieraliśmy, kilka pozgadzaliśmy ze sobą. Potem w Kąciku nie zgodziliśmy się bardzo mocno podczas jednej z dyskusji (niestety skasowałem ją jakiś czs temu jak całe archiwum zresztą). Gdy opadły już emocje, którym dałem się ponieść, poczułem się jak ostatni luj, bowiem to ja nie zrozumiałem do końca intencji Smakosza i to ja nawywijałem i nawypisywałem głupot. Pogooglałem, pogooglałem, aż wygooglałem adres internetowy Smakosza i mailowo przeprosiłem za to, że zachowałem się jak dupek. I tak zaczęliśmy ze sobą dyskusje prowadzić drogą mailową. Kiedyś w dyskusji pojawił się temat bigosu. Krzysztof tak smakowicie o nim opowiedział, że zapragnąłem sam sobie taki sam zrobić. W ten właśnie sposób doszło do pierwszego w historii przygotowania bigosu poprzez Internet.
Albowiem, zgodnie z dewizą Ligęzów, robienie bigosu jest jak stwarzanie świata. Jedno i drugie zajmuje sześć dni. Tak się fortunnie złożyło, że na czas zaplanowanego bigosowania złożyło mnie choróbsko. I dobrze, bo wytwarzanie bigosu zgodnie z kanonem jest zajęciem wyjątkowo czasochłonnym. Najpierw dostałem listę składników oraz sprzętu jaki mam zabezpieczyć. Beż żadnej informacji, co z tym dalej robić. Kupiłem co trzeba i w poniedziałek rozpoczęliśmy produkcję. Skończyliśmy w sobotę. Każdego ranka Krzysztof wysyłał do mnie maila z zestawem czynności na dany dzień. Ja robiłem co należy, ewentualnie, via Internet, dokonsultowywując detale. Nadesłane instrukcje dotyczyły tylko tego jednego dnia i ja wcale nie wiedziałem co dalej! Niezła jazda, co? I w ten sposób wyszedł mi pyszny bigos, który zrobił sporą furorę w naszych (mojej i Lepszej Połowy) rodzinach, a ja z miejsca awansowałem na wybitnego specjalistę w dziedzinie bigosu. Od tamtej pory produkowałem go jeszcze dwukrotnie i dlatego kilka uwag pozwalam sobie od siebie dodać, choć zapewne na widok niektórych Krzysztof padnie zemdlony.

Główną zasadą kanonu, choć receptura o tym nie wspomina (wspomniał za to o tym Hugo w komentarzu, więc to zdaje się tradycja na większa skalę), jest to, że bigos musi być produkowany przez mężczyznę, głowę rodziny. Tylko i wyłącznie. Kobiety na czas produkcji kuchnię mają w trybie natychmiastowym opuścić i pokornie się nie wtrącać, nie pytać, w żadnym wypadku niczego nie dotykać, broń Boże zamieszać. Zaś kompletnym świętokradztwem jest spróbowanie przez niewiastę bigosu przed zakończeniem dzieła. Ja tę najważniejszą zasadę łamię. Pierwszy bigos wyszedł mi bowiem niezmiernie ostry (dzieci go nie chciały jeść), a ponieważ z powodu choroby zatok węch, a więc i smak, mam przytępione, to korzystam z Lepszej Połowy jako z kipera. Się sprawdza.

Kapustę od początku gotuję nie w wodzie tylko w bulionie (rosole). Zawsze mi jakiś zostaje przy okazji innej kuchennej wytwórczości. Ja ten nadmiar skrzętnie zbieram i zamrażam. Przy bigosie jest jak znalazł. Dodatkowo dorzucam kilka ziaren jałowca.

W przepisie kanonicznym Bigosu Tolka ilości składników podano jak w sam raz dla gara piętnastolitrowego. Ja takiego nie mam, a największy, jaki udało mi się kupić, ma coś koło jedenastu litrów. Do takiego gara w miejsce czterech kilogramów, pakuję trzy kilogramy kapusty, a ilości pozostałych składników proporcjonalnie zmniejszam o ¼. Zresztą, jeżeli chodzi o mięso, to ja się kanonu raczej nie trzymam. W kwestii rodzajów mięs, nie zaś ilości. Bo ilości to nawet zdarza mi się zwiększyć, choć już te podane w przepisie kanonicznym w zupełności wystarczają, by przygotowywana przez nas potrawa to był bigos, a nie kapusta z wkładką.
Bowiem bigos jest potrawą mięsną. Mięsa ma być w bigosie dużo, co najmniej pół na pół z kapustą.
Krzysztof stosuje mięsa szlachetne (szynka i schab) ja zaś z powodzeniem używam karkówki czy łopatki. Ostatnio wykorzystałem spory kawał mięsa z kością, który najpierw ugotowałem z dodatkiem soli, pieprzu, ziela angielskiego i jałowca. Następnie oddzieliłem mięso od kości, dodałem je do bigosu, a sam wywar wykorzystałem do jego podlewania (kość dostał pewien pies. Wyglądał na wniebowziętego.). I ten patent z pewnością będę wykorzystywał w przyszłości. Zero kostek rosołowych, niech żyje wywar z kości! No i dodaję boczek. Nie używam natomiast piersi z kurczaka, bowiem i tak się rozlatują na pojedyncze włókna. Mięsa nie duszę dodatkowo w oddzielnym garnku. Smażę i lu do gara! I tak się udusi z kapustą.

Po przyprawieniu (dzień trzeci) należy zwiększyć częstotliwość mieszania, bowiem od tej chwili bigos nabiera skłonności do przypalania się na dnie garnka.

Grzyby stosuję suszone. I dużo! Moim zdaniem dają lepszy aromat od żywych, mrożonych, ale te też dodaję. I też nie żałuję.
W miejsce powideł śliwkowych zacząłem używać śliwek wędzonych. Pół na pół. Trochę powideł, trochę śliwek.
Przyprawy stosuję identyczne co Krzysztof, choć jak sądzę tu wszystko od gustu zależy i spokojnie można pokombinować ze swoimi ulubionymi. Mi zestaw kanoniczny pasuje.

Za pierwszym razem wykonałem skwapliwie zalecaną przez Szanownych Autorów liczbę podgrzań i schłodzeń i mi się kapusta w zasadzie rozpuściła, a kawałki mięsa porozpadały. Teraz robię to rzadziej. Ponieważ nie zawsze gdy robię bigos jestem chory, z fabryki wracam późno i zmęczony, to o jeden dzień produkcję skracam i uwijam się w cztery (sobota jest w kanonie w zasadzie dla zmyłki tylko ;-)))). Pierwszego dnia gotuję kapustę, drugiego dodaję mięso, trzeciego przyprawiam (łącznie z winem i to całe od razu, a nie w trzech turach. W zasadzie to można też i przyprawić na koniec dnia drugiego), czwartego próbuję (bezwzględnie trzeba próbować po schłodzeniu, przegryzieniu się i podgrzaniu) i doprawiam, sprawdzam, czy mi dobrze wyszło i gotowe. Gwarantuję, że też jest pyszny.

Bo ja Bigos Tolka uwielbiam. Rewelacyjne połączenie wielu smaków. Potrawa jest jednocześnie słodka od powideł i śliwek i kwaśna od soku z kapusty (moim zdaniem to dwa najważniejsze smaki i należy znaleźć między nimi równowagę. Ma być i słodko, i kwaśno. Dlatego ważne jest zostawienie soku z kapusty do doprawiania). Grzyby, jak to grzyby, dają niepowtarzalny aromat. Czarny i ziołowy pieprz, słodka i ostra papryka, sprawiają, że jest pikantnie. Dzięki dużej ilości mięsa danie jest konkretne, sycące. To nie jest rozmemłana paćka, zęby co i raz trafiają na uczciwe kawałki kiełbasy czy wieprzowiny. Bigos ma piękny kolor (od wywaru z grzybów, pomidorów i wina). Żadna tam bladość. Konkretna, żywa barwa. No! Ładniejszej laurki chyba już przepisowi Pana Antoniego Ligęzy, spisanemu przez jego syna, nie wystawię. Starczy.

Jak by nie patrzył jestem Krzysztofowi wdzięczny, że nie zatrzymał receptury w tajemnicy. Jeśli ktoś recepturę wypróbuje, to niech daje znać jak poszło!

A na koniec uwagi specjalisty:

http://www.polonia.org/bigos.htm

rymasz


  • RSS