Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 12.2006

Człowiek odchodzi, imię trwa.
Pamięci Antoniego Ligęzy (1931-1989).

Zabezpieczysz Waść oto:
A) Kapustę. Konkretnie cztery kilo kapusty należycie ukiszonej. Marchewkowe ścinki w ilościach śladowych nie szkodzą, byle była to kapusta z marchwią, a nie vice versace.
B) Mnięsko. A to:
szynka bez kości w ilości 1,5 kg
schab bez kości w ilości 1 kg
piersi z kurczaka w ilości 0,25 kg (dwie piersiątka małe)
kiełbasa podwawelska 0,5 kg
kiełbasa myśliwska 0,5 kg
C) Inne inszości. To znaczy:
Grzyby suszone 25 dkg (podgrzybek też grzybek, więc może bych)
koncentrat pomidorowy trzy puszki 30-procentowego (po 150 g)
ketchup ostry (to na łyżki będzie, ale kup słoiczek)
powidła śliwkowe trzy słoiczki po 250 g
cebula 0,5 kg
czosnek trzy duże ząbki z dużego łebka
olej
butelka czerwonego wina (wytrawne).
D) Przyprawy. Wedle gustu, ja stosuję:
kostki rosołowe (kurzyste), pieprz mielony czarny, pieprz ziołowy, sól, curry, papryka ostra, papryka słodka.
Wspomniałeś coś o mrożonych podgrzybkach. Się nadadzą.

Dzień pierwszy:
Grzyby myjesz, zalewasz wodą, odkładasz.
Kapustę odsączasz z kwaślizny do zera.
Zakwas odstawiasz na zaś do lodówki.
Płuczesz kapuchę.
Siekasz na drobno i w gar upychasz.
Zalewasz wodą (zdatną do picia, nie wiem, jak tam u Ciebie z jakością kranówy?) i do wrzenia doprowadzasz pod przykryciem.
Kapucha powinna być utopiona doszczętnie.
Gotujesz trzy godziny.
Jako rzekłem – pod przykryciem.
Kukasz, czy kapucha spod wody nie ucieka.
Jak trzeba, zalewasz.
Na koniec zostawiasz przykryte, żeby ta breja wystygła własnym sumptem.

Dzień drugi:
Kapustę nadal gotujesz, pilnując, by nadal utopiona była. Gotujesz pod przykryciem, powiedzmy, godzinę.
W międzyczasie wczorajsze grzyby, te rozmiękłe już, siekasz drobno, coby ucha za duże nie pływały. I gotujesz w małej (małej) ilości wody. Powiedzmy: dziesięć minut.
Siekasz czosnek. Gnieciesz czosnek. Na miazgę.
Zdejmujesz z gara pokrywę.
W sumie od tego momentu pokrywka już nie będzie Ci potrzebna, gar powinien być bez przerwy odkryty, siejąc wonią aż po kuchnie sąsiadów.
Do kapuchy dorzucasz grzyby, wraz z wywarem.
I czosnek topisz.
Całość gotujesz nadal. Powiedzmy: trzy godziny gotujesz.
Na odkrytego!
Jeśli trzeba, dolewasz wody (kapucha ma pozostać utopiona).
W tak zwanym międzyczasie zabierasz się za katowanie mięcha.
Szynka.
Kroisz w kostkę – uważaj, żeby kawałki nie były za małe ani za duże, powinny mieć od 3/3/3 do 4/4/3 cm. (Ja na to mówię: jest co ugryźć.)
Łyżkę oleju na patelnicho lejesz, rozgrzewasz i szynkę tam umieszczasz. (Tłuszczu ma być symbolicznie!)
Podsmażasz.
Mięcho będzie puszczało soki, te soki zlewasz do gara, w którym za chwilę będziesz szynkę podduszał.
Dodajesz łyżkę oleju.
Nadal podsmażasz.
Soki do gara.
Gdy już zauważysz na niektórych kawałkach lekuchny rumieniec, przekładasz zawartość patelni do gara (tu, gdzie soki) i w tym garze dusisz podsmażoną lekuchno szynkę – tak jak to się zwykle robi szykując sos.
Jeśli trzeba, dodaj szklankę lub nawet dwie bulionu z kostek rosołowych.
Dusisz 1,5 godziny, mieszając od czasu do czasu.
Uduszoną zawartość garnka przekładasz do innego gara zwanego mieszalnią, gdzie szynka będzie grzecznie oczekiwała na pomieszanie.
(Teraz szynka dusi się, a Ty bierzesz na warsztat kurczakowate piersiąteczka.)
Najpierw je gotujesz. W małej ilości wody. Do miękkości.
Wywar do gara, w którym kapusta warzy się, przelewasz.
Piersi kroisz na pasemka. 1/1/4 cm.
Łyżkę oleju na patelnicho lejesz, rozgrzewasz i kurczaczkowe pasemka tam umieszczasz. (Tłuszczu ma być symbolicznie!)
Podsmażasz.
Gdy już zauważysz na niektórych kawałkach lekuchny rumieniec, przekładasz zawartość patelni do gara-mieszalni, w którym i szynka po uduszeniu się znajdzie.
Podobnie czynisz z kiełbasą podwawelską.
Kroisz na talarki.
Podsmażasz w symbolicznej ilości tłuszczu.
Podsmażoną przekładasz do gara-mieszalni.
Teraz myśliwska.
Kroisz na talarki.
Podsmażasz w symbolicznej ilości tłuszczu.
Podsmażoną przekładasz do gara-mieszalni.
W międzyczasie szynka pewnie się już należycie udusiła.
Pora na schab.
Ze schabem postępujesz analogicznie jak z szynką, przy czym kostki powinny być drobniejsze niż te szynkowe.
Kroisz w kostkę – sześcianiki powinny mieć około 3/3/2 cm.
Łyżkę oleju na patelnicho lejesz, rozgrzewasz i schab tam umieszczasz. (Tłuszczu ma być symbolicznie!)
Podsmażasz.
Mięcho będzie puszczało soki, te soki zlewasz do gara, w którym za chwilę będziesz schab podduszał.
Dodajesz łyżkę oleju.
Nadal podsmażasz.
Gdy już zauważysz na niektórych kawałkach lekuchny rumieniec, przekładasz zawartość patelni do gara (tu, gdzie soki) i w tym garze dusisz podsmażony lekuchno schab – tak jak to się zwykle robi szykując sos.
Jeśli trzeba, dodaj szklankę lub nawet dwie bulionu z kostek rosołowych.
Dusisz we wrzątku godzinę, mieszając od czasu do czasu.
Uduszoną zawartość garnka przekładasz do gara zwanego mieszalnią.
Dokładnie mieszasz wszystkie gatunki mięsiwa w mieszalni.
Wszystko wrzucasz w gar z kapuchą. Rozprowadzasz.
Doprowadzasz do wrzenia. Dziesięć minut.
I odstawiasz.
Niech dojrzewa.
Do jutra.

Dzień Trzeci:
No. To środowym porankiem masz w garze zimną kapuchę z mięsiwem pomieszaną. Tyle, że bigosem tego nazwać nie sposób.
Dalej.
Zaczniesz Waść od przypraw, następnie inne inszości w gar wpychając.
Ważąc proporcje, nabierasz na zupną łyżkę soli. Płasko. I do gara. I tak trzy płaskie łyżki zupne tam umieszczasz.
Dalej przerzucasz się na łyżeczki herbaciane, których zawartość nad zawartością zimnego gara rozrzucał będziesz niczym imperialiści “agent orange” na wietnamską dżunglę.
I tak, pieprzu czarnego drobno mielonego łyżeczka jedna i jeszcze pół łyżeczki.
Zamieszać proszę.
Papryki słodkiej łyżeczki dwie.
Zamieszać.
Pieprzu ziołowego łyżeczki dwie.
Zamieszać.
Curry łyżeczki dwie.
Zamieszać.
Papryki ostrej łyżeczki dwie.
Zamieszać.
Generalnie woda z gara nie powinna już wystawać, znaczy breja powinna być raczej paćkowata. Dlatego teraz pora na bulion.
Dwie kostki rosołowe rozpuszczasz w pół litrze wrzątku. I do zimnego gara. I do gorącości zawartość gara teraz doprowadzasz.
Jednocześnie szykujesz cebulkę.
Może niekoniecznie pół kilo, ale tak ze cztery średniawe będą okay.
Kroisz drobniutko, podsmażasz na złoto (na małej ilości oleju) i do gara.
Jak zawartość zacznie się już gotować ze złości, do gara dodaj koncentratu pomidorowy, to bulgotanie ustąpi. W Twoim wypadku niech to będą dwie puszki tego 30-procentowego.
Następnie całość ponownie doprowadź do wrzenia, za czem mieszaj, mieszaj, mieszaj, aż mieszaniem umęczon – wystudź.
Teraz odsapnij odrobinkę i czółko obetrzyj.
Ufff…
Odsapnąwszy, znowu zawartość gara maltretujesz, doprowadzając do wrzenia. Wrzącą bejowatość mieszasz, mieszasz, do gorącego dodajesz powidła (w Twoim przypadku: raczej dwa słoiczki niż trzy) – mieszasz dokładnie, następnie całość wystudzasz.
Bo musisz wiedzieć, iż im częściej bigos odgrzewasz i na powrót go wystudzasz, a nawet mrozisz, znaczy im lepiej się ingrediencje przegryzą, tym smak smaczniejszy a nawet smakowitszy.
Przy czym ogranicza Cię tylko czas, jaki możesz owym operacjom poświęcić.
Wiem, co mówię.
Tak więc operację z podgrzewaniem i studzeniem powtórz, ile razy zdołasz. Trzy to trzy, a jak czasu starczy na pięć – to i pięć.
Aha – nadal język trzymaj od gara z daleka, czas na próbowanie jutro nastanie!
Na koniec – pod pokrywkę to to i za okno, jeśli mróz i cudze koty nie wyżrą.

Dzień czwarty:
Najpierw rzut oka w gar… oho, już kolorek jakby bigosowy widać…
A teraz do roboty.
Ogrzewasz gar do gorącości.
Mieszasz zawartość, mieszasz, mieszasz, mieszasz, dając pogotować się krzynkę kwadransową – i całość wystudzasz.
I znowu odgrzewasz bigos do gorącości, mieszasz, mieszasz, mieszasz – i po krzynce kwadransowej ziębisz do zimności.
Minimum trzy razy to czynisz.
A to, bo, uważaj teraz, właśnie trzy razy, i to zanim podgrzewać gar zaczniesz, karmisz wystygły bigos połową szklanki wina.
Za trzecim razem, gdy już wrzeć będzie, gulgocząc, zamieszawszy solidnie, dwie solidne łychy na wcześniej przygotowany talerz uwalasz, po czem konsumujesz, zagryzając rzecz kawałkiem chlebka.
Innymi słowy próbujesz się z bigosem na gorąco.
I tak: a to ciamkasz donośnie, a to cmokasz, jęzorem o podniebienie kawałek mięsiwa starannie rozcierając, a to ślepiami obracasz, białkami lśniąc okrutnie, a to ślinę z kącika ust rękawem obcierasz.
A mlaskasz przy tem skandalicznie, fuj!
A może krztynę soli trzeba teraz dodać, jak myślisz?
Pieprzu?
Papryki?
Zaczem podejmujesz dwie decyzje, a obie w skutkach, uważaj proszę, nieodwracalne: po pierwsze, lać do gara zachomikowanej kwaślizny, a skoro tak, to ile?! I po drugie, potrzebny ketchup ostry dla podniesienia jakości potrawy, czy może bez dodatkowej czerwieni ostrej już obejdzie się?
(Żałuję bardzo, że osobiście popróbować nie mogę, być może rekomendowałbym nawet ten trzeci słoiczek powideł – to już w Twoich rękach i przeczuciach.)
Tak czy nie, znaczy doprawiasz i dolewasz czy też nie doprawiasz i nie dolewasz, podgotowujesz gulgającą całość jeszcze kwadransik i wystudzasz.
I jeśli mróz – pokrywką gar traktujesz i za okno!
Po czem siadasz i starannie rozważasz, jakich – mimo wszystko – przypraw Twemu bigosowi brakuje i które jego prześwietny smak smakowitszym uczyniłyby być może.
Oraz w jakiej ilości należałoby ich użyć.
Po czym sugestie zapisujesz lub zapamiętowywasz.
I spać!

Dzień piąty:
Odgrzewasz bigos do gorącości, mieszasz, mieszasz, mieszasz – i próbę organoleptyczną uskuteczniasz, obficie potrawę smakując. To ostatni moment na zrealizowanie wczorajszych ustaleń, czyli na uzupełnienie niedoborów smakowych rozmaitemi przyprawami.
Doprawiasz zatem, jeśli trzeba, wedle gustu, smaku i preferencji indywidualnych, kosztując przy tym odrobinkę.
Mniam!
Potem, do czegoś już przyzwyczajony, do wrzenia zawartość gara doprowadziwszy, całość wystudzasz.
Zwróć uwagę na konsystencję. Na talerzu nic nie powinno z bigosu wyciekać. Bigos to bigos, a nie jakoweś byle co, jak we wzmiankowanych na wstępie Koluszkach.
Na koniec ziębisz całość do zimności.
I tyle.

Dzień szósty:
Odgrzewasz bigos do gorącości, mieszasz, mieszasz, mieszasz – i wystudzasz.
Raz – i starczy.
Albowiem to byłoby na tyle.

KONIEC SPECYFIKACJI

PS. Copyright by Krzysztof Ligęza. Wszystkie prawa zastrzeżone. Powyższy przepis na BIGOS TOLKA chroniony jest prawem autorskim, postanowieniami umów międzynarodowych o prawach autorskich, innym ustawodawstwem i umowami międzynarodowymi traktującymi o ochronie praw własności intelektualnej, prawami pokrewnymi oraz mówiącymi o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Przepis jest licencjonowany, a nie sprzedawany. Jego odczytanie, stosowanie, kopiowanie, powielanie, przechowywanie oraz dystrybucja w formie elektronicznej, mechanicznej, bądź w formie fotokopii lub w jakikolwiek inny sposób, dozwolona jest wyłącznie pod warunkiem przestrzegania nałożonych ograniczeń. Autor zachęca zwłaszcza, bez konieczności występowania o zgodę, do wykorzystywania oraz rozpowszechniania powyższej receptury, w tym do tworzenia jej dowolnych modyfikacji (niedopuszczalne są modyfikacje naruszające prawo, zasady współżycia społecznego lub dobre obyczaje), a wszystko to pod warunkiem zachowania i przekazywania po wsze czasy wszem i wobec, to znaczy wszerz, wzdłuż, w poprzek, a nawet wzwyż i w głąb Uniwersum, niezmiennej nazwy pierwotnej w nadgłówku, cytuję: >BIGOS TOLKA. Człowiek odchodzi, imię trwa. Pamięci Antoniego Ligęzy (1931-1989).<, oraz niniejszego post scriptum, pozostającego nieusuwalnym elementem samego przepisu.”

Krzysztof Ligęza

PS2. Oto przepis na BIGOS TOLKA w wersji kanonicznej, autorstwa Krzysztofa, syna Antoniego. Nijak nie wypadało mi w nim mieszać, choć Krzysztof mnie namawiał. Ale kanon to kanon. Dziękuję zatem Krzysztofowi Ligęzie, znanemu na tym blogu jako Smakosz, za recepturę i zgodę na jej zamieszczenie. W następnym wpisie kilka moich apokryficznych uwag do kanonu. ;-)))

rymasz

Kanarek

7 komentarzy

Nic nie smakuje lepiej niż pierwsze piwo w piątkowy wieczór.
Nie ma piękniejszej kobiety od barmanki, która nalewa ci piwo piąte.
Nie ma też większej tragedii od niezborności języka, która dopada po piwie siódmym.
Zamówiłem ósme. Nie najpłynniej mi to wyszło. U Kasi (barmanka) nie mam już raczej szans. A tam, trudno się mówi. W życiu trzeba sobie radzić, jak powiedział pewien facet zawiązując but dżdżownicą. Spróbuję znowu jutro. Po trzecim. Wtedy mam najlepszą nawijkę.
Zaniosłem piwo do stolika.

Tego gościa, który siedział na przeciwko mnie znałem tylko z widzenia. Jedna z wielu mord w mojej ulubionej knajpie (ulubionej, bo najbliżej mojego mieszkania była). I miałem go w dupie, chociaż gadałem z nim przez ostatnie trzy godziny. Nie pamiętam już nawet za bardzo o czym. O dupach chyba. O polityce. No o życiu i w ogóle. Teraz też coś mówił. Jednym uchem słuchałem. Podniosłem fajki ze stołu i wyciągnąłem w jego stronę. Przypaliłem nam obu.
- A najgorsze w tym wszystkim jest to – powiedział po pierwszym sztachu – że mi się kanarek powiesił.
- Co ty mówisz? – spytałem
- No że powiesił się jebany.
- Kanarek?
- No tak. Wracam kurwa z pracy, biorę ziarenek mu nasypać i patrzę, a on wisi. Odgryzł takie kółeczko rozumiesz, co mu tam w środku dyndało na sznureczku i na tym sznureczku się jebany powiesił.
- I pętlę sam zawiązał?
- No, sprytny był mówię ci. I gwizdał ładnie. A jak go puszczałem po kuchni polatać to wracał jak tylko zawołałem. Hektor się nazywał. No chuj, niech mu tam się w tym niebie dla kanarków wiedzie.
- Kanarki nie idą do nieba.
- Jak to?
- Piekło i niebo są dla ludzi. Karki to zwierzęta, a zwierzęta nie maja duszy. Zdychają i szlus. Po zawodach.
- To smutne. No to żegnaj Hektor.
Wypiliśmy po łyku. Ósme piwo smakuje zdecydowanie gorzej od pierwszego. Wstałem bez słowa i wyszedłem. Wziąłem głęboki wdech. Co to za dziwny zapach? A, to świeże powietrze. Chwiejnym krokiem ruszyłem do mieszkania. Nie pamiętałem już dokładnie co konkretnie, ale uporczywie kołatało mi się po łbie, że muszę coś dogłębnie przemyśleć. Beknąłem. A w dupę z tym myśleniem. Ruszyłem szybciej i większymi zakolami…

rymasz

Jakoś tak odczułem spadek formy po Barcelonie. Kącik, odkąd istnieje, to frajda, nie obowiązek, więc na siłę się nie napinam. No, to się wytłumaczyłem.

Tak sobie naiwnie myślałem, że skoro ta Barcelona tyle czasu tu wisi, to pewnie trafi tu z googli kilka osób, które będą się chciały czegoś o Barcelonie i Katalonii dowiedzieć, skonfrontować wrażenia. Ale nie. To rodzynki. Za to jest sporo gości, którzy pragną dowiedzieć się czegoś o zupełnie innych rzeczach. Takich jak:
„filmy gołych kobiet”
„gołe laski i ola”
„brzydkie gołe baby i zdjęcia”
To przykłady z 2 ostatnich dni. Ale dobrze obrazują o co chodzi. A chodzi o zdjęcia gołych kobiet.
Niektóre zapytania są precyzyjniejsze. Mój zdecydowany faworyt to:
„gołe kobiety kture mają sto lat”
Pisownia oryginalna.
No, i wszystko jasne!

Ponieważ całe archiwum odeszło w niebyt i raczej już nie zmartwychwstanie (choć tu bez trudu można sprawdzić, że w cale nie odeszło i że nie zalewam ;-)))
http://web.archive.org/web/*/http://badziewiaki.blog.pl
), to ja pozwalam sobie zamieścić rymowankę, która zawisła w Kąciku 3 lata temu. 16-go grudnia 2003. I nic od tej pory nie straciła na aktualności. Wręcz przeciwnie nawet:

Święta?

Ulice miasta jak w techno-klubie
stroboskopowo błyszczą światłami.
A mnie to złości, a ja nie lubię.
Co to wspólnego ma ze Świętami?

Grube brodacze, krasno odziane,
czają się na mnie za każdym rogiem
Ja wcale nie chcę, w mordę kopane!
Dłużej „Ho, ho, ho!” słuchać nie mogę.

Dzwonią dzwoneczki, belle dżinglają.
Choinek w sklepie więcej niż w lesie.
Śnieżynki w czapkach wkoło pląsają.
A ja odpadam, aż wyć mi chce się.

Czy świętujemy, że Bóg się rodzi
tym, że kupimy więcej w markecie?
To właśnie o to w tym wszystkim chodzi?
Dokąd ty zmierzasz skundlony świecie?

Bo chociaż w Boga nie wierzę wcale,
to bardzo mocno w tradycję wierzę.
Na koniec tym się jeszcze pochwalę,
prosto od serca i całkiem szczerze,

że przez tę szopkę czuję się głodny,
i mam ochotę zjeść hamburgera.
Może w McDonalds, bo taki modny?
Z tego Rudolfa, no, renifera.

Prowadzenie tego bloga poza tym, że sprawia mi przyjemność, poprzez sprawianie przyjemności kilku czytelnikom, ma jeszcze wymiar czysto praktyczny. A taki np., że dzięki korespondencji z niejakim Smakoszem, stałem się posiadaczem wyjątkowego przepisu na bigos.
Korespondencja rozpoczęła się, gdy z podkulonym ogonem przeprosiłem mailowo za skandaliczną kłótnię, którą wywołałem jak idiota, nie pojmując wypowiedzi i intencji rozmówcy. Korespondencja ta, oprócz wymiany wielu ciekawych myśli, doprowadziła do pierwszej w historii produkcji bigosu sterowanej drogą internetową. Smakosz każdego ranka przysyłał mi szczegółowe instrukcje, a wieczorem oceniał postępy „Młodszego Bigosowego” na czacie.
Po pierwszym razie się usamodzielniłem i bigos tegoroczny jest już moim trzecim bigosem. A dziś był trzeci dzień jego produkcji. Która zakończy się w piątek. I coraz lepszy mi wychodzi, choć coraz więcej od siebie dodaję. Gdyby Smakosz udzielił mi jakiegoś copywrighta, to chętnie bym się podzielił zdobyta wiedzą. Bo ja nie znam w polskiej kuchni potrawy bardziej charakterystycznej i wartej chwalenia się.

A kto ciekaw Smakosza, koniecznie powinien zajrzeć tu:
http://www.widnokregi.pl/index.html
. Zachęcam. Ja mam w Ulubionych. A w planach dodanie linkowni, w której link do Widnokręgów się niewątpliwie znajdzie.

No to w tej notce świąteczny bigos mi wyszedł. Kontrolowany chaos to moja specjalność. ;-)))
Świątecznie zatem pozdrawiam. Bóg się rodzi! Gdybym tylko w Niego wierzył, to głośno bym to właśnie powtarzał!
I żebyśmy dobrymi ludźmi byli. A co, cynikowi rozmarzyć raz w roku się nie wolno?

rymasz

Jeśli kiedyś poczuję się samotny, bezradny, zagubiony we wszechświecie i spragniony jednoznacznych odpowiedzi na trapiące mnie egzystencjalne dylematy, to zamiast się umartwiać, cierpieć jak młody Werter i czekać w boleści na boską iluminację, zadzwonię po taksówkę. Taksówkarze wiedzą wszystko. Zawsze! Nie mają wątpliwości, mają za to gotowe recepty i bezwzględnie klarowne, i absolutnie niepodważalne poglądy, zwięzłe i klarowne odpowiedzi na każde pytanie. Swego czasu dużo jeździłem taksówkami, pracując w firmie, która zamiast w służbową brykę wolała wyposażyć mnie w vouchery jednej z warszawskich korporacji. Dzięki temu wiedziałem dokładnie, co myśleć o bieżącej sytuacji politycznej i gospodarczej w kraju i na świecie. Wiedziałem, którzy politycy to świnie i dlaczego, a którzy by się nadali, gdyby tylko im te świnie pozwoliły. Poznałem kilka niezawodnych recept na własny biznes (każdy taksówkarz jakiś ma w planach). Poznałem najlepsze warsztaty w mieście (za każdym razem inny). Dowiedziałem się, dlaczego dyrekcja korporacji to idioci, dlaczego bycie taksówkarzem w ogóle się nie opłaca, dlaczego ci z innych korporacji to najczęściej oszuści, za co należy nienawidzić policji i dlaczego trzeba wytłuc największych darmozjadów i szkodników, czyli strażników miejskich. Co do jednego! Dowiedziałem się wszystkiego o przewrotnej i podstępnej naturze kobiet. Kilkakrotnie poznałem prawdziwy sens życia. Oj, lubię jeździć taksówkami. Taksówkarze są niezawodni. No i wiedzą gdzie jest najbliższy nocny oraz burdel. Poza tym wszystkim, zawsze chcą sprzedać swój niezawodny samochód.
Gdy wysiedliśmy na dworcu PKS Etiuda podszedłem do stojących na postoju taksówek. Cena w każdej z nich wynosiła 3 PLN/km. Byłem świadkiem jak jedna pani spytała taksówkarza, czemu tak drogo. Odpowiedział w stylu „Bo tak”. Po czym skomentował coś do kolegów o głupiej cipie, gdy pani odeszła. Ja też odszedłem i zadzwoniłem po taksówkę z korporacji po 1,40 PLN/km. Chwilę poczekaliśmy, zapakowaliśmy się, po czym w te pędy zapytałem sympatycznego młodego taksówkarza, o co chodzi z tą mafią na lotnisku. Poniżej streszczam odpowiedź.
„A to pan musi spytać pana szefa policji na lotnisku. Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo przecież o co chodzi, prawda? Kombinował, kombinował i tylko ta mafia może stać przy Etiudzie, a psy gonią każdą inną taksówkę, która na dłużej niż 15 sekund w okolicy stanie. (Fakt, potwierdzam. Gonią bez litości i sensu.) Jeżdżenie na lotnisko to ruska ruletka jest. Jak się pasażer spóźni chwilę to stanąć nie dadzą i trzeba w kółko zwijać, a wiedzą Państwo ile to kilometrów? A mandaty rąbią bez litości kutasy. Za wszystko. Pan wie ile koncesji, zezwoleń, badań, musi mieć taksówkarz przy sobie do okazania do kontroli? Trzydzieści. TRZYDZIEŚCI! A w dupę niech mnie pocałują. Tę kontrolkę na szybie też mam niezgodnie z przepisami, które chyba trzeci raz w ciągu dwóch lat się zmieniły. Ale najgorsze to te przewozy osobowe. Koncesji taki nie potrzebuje, egzaminu zdawać nie musi, korporacji nie płaci. Nie ma już prawdziwych taksówkarzy… Kilku dziadków zostało, którzy dla przyjemności jeżdżą, z przyzwyczajenia. Czy mam ochotę się napić, kiedy tylu nawalonych po nocy wiozę? Gdzie tam, wręcz przeciwnie! Zaczynam moją kobietę rozumieć, gdy narzeka, że śmierdzę. Jezu, jak oni wódą cuchną. Jak człowiek trzeźwy, to wytrzymać nie można. Ale jak rano koło szóstej do domu wracam, to zawsze pod dwa Królewskie do sklepu na osiedlu wstępuję. Pierwszy klient i od razu dwa browary. Jak ta kobitę zza na lady na mnie patrzy spode łba…”
Słuchając takiej właśnie uroczej opowieści dojechaliśmy do domu i zakończyliśmy urlop w Katalonii.
A na koniec powiem jeszcze tylko, że całą tę dykteryjkę popełniłem tylko po to, by ostatnie zdanie móc napisać. Bo wiecie, co się okazało dwa tygodnie po naszym powrocie? Że my na tym urlopie to we troje byliśmy. ;-)))
KONIEC
rymasz

Kolejny na gaudowskim szlaku był Parc Guell. W zamierzeniu pełne zieleni zbajerowane osiedle z wypasionymi domami dla bogaczy. Ale ten projekt nie doczekał się realizacji i teraz jest tu park miejski z kilkoma zakręconymi chałupkami projektu Gaudiego (w jednej jest jego muzeum), olbrzymią salą kolumnową, którą zwieńcza taras ze świetnym widokiem na miasto i najdłuższą ławką na świecie. Oczywiście całą pokręconą. Przed wejściem na taras jest kolorowa salamandra, której miniaturę kupicie na każdym straganie z badziewiem dla turystów. Park jest uroczy, choć oczywiście pełen turystów, ale naprawdę trzeba przespacerować się alejkami pod posklejanymi z kamieni pochyłymi kolumnami.
Do parku doszliśmy z Bazyliki piechotą po drodze „zaliczając” jeszcze Hospital de la Santa Pau, czyli szpital św. Pawła.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Szpital_%C5%9Bw._Paw%C5%82a_w_Barcelonie

I właśnie w tym momencie przestało mi się chcieć dalej pisać tę dykteryjkę.
Zatem nie napiszę już o wyprawie pociągiem do Figueres do surrealistycznego, ozdobionego małymi złotymi żółwikami i wielkimi jajami muzeum Dalego, też Katalończyka, o setkach jego obłędnych dzieł, które można tam podziwiać, o przesmacznych ślimakach, które wcinaliśmy tuż obok muzeum i o wszystkich innych knajpach, w których szamaliśmy smakołyki w czasie całego urlopu (tapas, czyli najrozmaitsze przekąski, paellę, przeróżne owoce morza, jagnięcinę na 1000 sposobów i jeszcze, i jeszcze. Szczególnie mi żal, że nie napiszę o przemiłej knajpie, w której piliśmy piwo, wsuwaliśmy prażone orzeszki i oglądaliśmy kwalifikacje Formuły 1 do Grand Prix Włoch. Długowłosy właściciel knajpy powtarzał „Kubika (czytać jak napisane) okey.”, ja mówiłem „Alonso okey.” i bardzo się polubiliśmy w związku z tym). Nie napiszę też o tym, jak wracałem szukać Lepszej Połowy, która zabałamuciła za długo w kolejnym sklepie z perfumami czy ciuchami. Lepsza Połowa jest zdrobniale Ola, toteż stanowczo wkraczałem do sklepu, w którym zaginęła i od progu wołałem wkurzonym głosem „Ola!”, na co zawsze odpowiadał mi chórek życzliwie uśmiechniętych tubylców, którzy pozdrawiają się za pomocą tego właśnie słowa (pisze się „Hola”, wymawia „Ola”) przy każdej okazji, zawsze i wszędzie. Nie napiszę także o Sant Ferran Castle, czyli największej podobno twierdzy w Europie, bo nie dość, że jej w końcu nie obejrzeliśmy, bo za długo było czekać na kierowcę, to ja się jeszcze zastanawiam ile tak naprawdę jest „Największych Twierdz” w Europie…
Nie napiszę o wycieczce na jaką wraz Gospodarzami wyprawiliśmy się w dniu narodowego święta Katalonii, czyli… 11 września. Nie napiszę o katalońskiej Jasnej Górze, czyli benedyktyńskim klasztorze Montserrat, przepięknie położonym w rzeźbionych wiatrem i deszczem górach, które niewątpliwie były jedną z wielu inspiracji Gaudiego. Nic się nie dowiedziecie o podniosłej i chwytającej za serce procesji kilkudziesięciu walących w bębny i dmących w kobzy muzykantów w czarnych albach, o świętej figurce Czarnej Madonny z Dzieciątkiem i złoty berłem, którego trzeba dotknąć, żeby farta w życiu wyhaczyć. Na dziedzińcu jest jeszcze podobno czakram, miejsce mocy, nieoficjalny tak jak wawelski. Tam na człowieka kosmiczna energia spływa. Raczej nie skleję, jak można w takie głupoty wierzyć. I w łaski z berła, i w moc z czakramu. Nie napiszę jak potem pojechaliśmy na plażę w Playa d’Aro i o tym, jak w rodzimej, charakterystycznej dla basenu Morza Śródziemnego roślinności wyróżniają się agawy, które znakomicie się tu czują. Pełno ich. Łabędzim śpiewem każdej agawy jest długi na kilka metrów pęd, którym przed jej śmiercią wyrasta na kilka metrów w górę. O pięknych rezydencjach o białych ścianach, tuż nad skalistym urwiskiem, z których jedną kupię sobie jak tylko dorosnę, też nie napiszę. I o paradzie z okazji święta, którą podziwialiśmy wieczorem na głównej ulicy Plaja d’Aro. O dzieciakach lajkonikach, kilkumetrowych tańcujących figurach króla i królowej, tłumie turystów… Słowem się o tym nie zająknę.
Będę milczał jak grób o wąskich uliczkach średniowiecznej starówki Girony, o kamiennej katedrze i o tym jak pobłądziliśmy w drodze do tych cudeniek, bo się uparłem, że sam dojdę i pytał nikogo nie będę. Ale była awantura! I o ulewach, które nawiedziły Katalonię tuż przed naszym odlotem, powodując mnóstwo lokalnych powodzi nie napiszę. O locie samolotem tym bardziej. Za to napiszę o taksówkach, bo właśnie mi się zachciało o nich napisać.
cdn.
rymasz


  • RSS