Sobotę miałem intensywną. Najpierw clashtorny zlot po latach w irlandzkim pubie. Ubawiłem się setnie, bo poczucie humoru mamy wszyscy podobne, choć poglądy inne. Świetnie było.
Potem spotkanie na Polach Mokotowskich z kolegami z akademika i studiów. Koledzy z akademika i studiów to normalnie to samo co koledzy z wojska. Niektórych nie widziałem 9 lat. Oczywiście nikt nic się nie zmienił, oczywiście było tak, jakbyśmy ostatni raz widzieli się dwa dni temu. Jedwabiście było. Niestety fantazja nas poniosła, człowiekowi przypomniały się lata studenckie. Ale w moim wieku popijanie wódki piwem należy już do sportów ekstremalnych. Wyłopotałem się w okolicach 21. Trudno się mówi. W drogę powrotną udałem się tramwajem. Taaaak… Obudziłem się tuż przed pętlą obok huty. Sam się obudziłem, bez niczyjej pomocy, z czego jestem poniekąd dumny. Z wydarzeń, które miały miejsce potem już chyba dumny nie jestem. Z huty na Chomiczówkę daleko nie jest. Rozsądnie do sprawy podchodząc należało wrócić te 3 przystanki i pójść spać. Tudzież przejść ten kawałek (20 minut spaceru) chodnikiem, jak biały człowiek. No tak, ale to byłoby za proste, nieprawdaż? Ja postanowiłem wrócić na skróty. Obrałem azymut i ruszyłem do boju. Mimo tego, że azymut obrałem dobry, to wcale nie był to najlepszy pomysł. W tym miejscu rozpoczyna się Sobotnia Odyseja Rymasza.

Pierwszą napotkaną przeszkodą był płot zwieńczony drutem kolczastym. Powinno mi to dać do myślenia, prawda? Skoro ktoś mocuje drut kolczasty na płocie, to pewnie po to, żeby nikt tam nie właził. Ale nie! Kojarzenie faktów troszkę u mnie szwankowało tego wieczoru. Wędrując wzdłuż płotu doszedłem do bramy. Domyślacie się już co głupiego i beznadziejnego zrobiłem?

Przelazłem przez nią.

Bez wdzięku i gracji, ale przelazłem. Po co? Bo azymut. Iść trzeba. Czy zastanawiałem się, nad tym, że przełażąc przez bramę w betonowym płocie z koroną z drutu kolczastego, włażę niechybnie na teren ZAMKNIĘTY? Nie, nie zastanawiałem się. Azymut, iść, dom, spać. Plan był genialny w swej prostocie, czyż nie?
W stróżówce przy bramie nie było nikogo. W każdym razie ja nikogo nie zauważyłem i nikt nie spieszył mnie powstrzymać.
Idę. Raczej gorzej niż lepiej, ale idę. Przed siebie. Azymut. Bezrefleksyjnie prę do przodu.
Nagle się zatrzymuję. Z hali, którą mijam bije żar. I blask. I huk. Huk jak jasna cholera. Zerkam zaciekawiony. Jacyś ludzie w środku, poubierani w dziwne stroje, krzątają się wokół pieca i wytapiają jakiś metal. Masz ci los. Zerkam w głąb kolejnej hali. To samo. Powoli, powolutku, jakaś inna myśl przebija się do świadomości. O K…., JESTEM W HUCIE!!! Czy się zaniepokoiłem? Jeszcze nie. Ja się dopiero zaniepokoję. Idę dalej. Przed siebie. Drogą. Mijam kolejne budynki. I idącego z naprzeciwka hutnika w kasku. Mijamy się obojętnie jak przechodnie na Marszałkowskiej. Przypominam: jest sobotnia noc, huta w Warszawie.
Mijam buczącą groźnie transformatorownię. Przede mną wyglądający bardzo nowocześnie kompleks przemysłowy. Oświetlony i dudniący. Omijam go szerokim łukiem, tym samym wkraczając na ziemię niczyją. Ziemia niczyja to chaszcze. Trawa po pas. W trawie skryte są betonowe bloki, dziury, rowy. Spektakularnie wypieprzam się ze 3 razy. Zniechęcam się coraz bardziej. Miało być inaczej. Azymut, iść, dom spać. Gdy wreszcie natrafiam na tory nie posiadam się z radości. Bez pułapek, równo. Uffff… Idę.

Idę.

Idę.

K…., ile można tak iść??? Ja chcę do domu!!! Niech mnie zlokalizuje jakaś straż przemysłowa! Albo inna ochrona. Może na policję zadzwonię? „Halo. Jakiś nawalony facet błąka się po hucie. Przyjedźcie i go zwińcie.”

Idę.

Dochodzę wreszcie do miejsca, w którym torów kolejowych robi się całe mnóstwo. Po torach jeżdżą spalinowe lokomotywy i przestawiają pełne złomu wagony. Staję. No taki głupi nie jestem, żeby włazić pod pociąg. Chwiejnie, ale stoję. Maszynista zaś jedzie i spogląda na mnie obojętnie. Przejechał. No to idę. Przeciskam się przez wagony. Mur z grzywką z drutu kolczastego! Dobra nasza. Wspinam się. Kurka wodna, ogródki działkowe. Tam nie wlezę. Łał, własna błyskotliwość mnie zachwyca. Idę dalej. Wspinam się, przełażę.

URATOWANY!!!

Jeszcze tylko jakieś psy mnie obszczekały, jeszcze tylko krótki spacer najpierw lasem, potem wzdłuż ogródków z marchewkami i królikami… Asfalt, cywilizacja, latarnie. Łzy w oczach.

Lepsza Połowa przezornie wyjechała na weekend. Słomiany wdowiec byłem. Wlazłem do chałupy i padłem jak kawka, bo można mieć wiele zastrzeżeń co do mojego rozumowania podczas odysei, ale azymut obrałem właściwy!!!

Rankiem przeprowadziłem oględziny garderoby. Fajne buty miałem, lubiłem je. Niestety teraz wyglądały jak gumofilce upaprane błotem. Po zmyciu błota wyglądały jakby je ktoś drucianą szczotką polerował. Dżinsy do połowy nogawek upaćkane jak kombinezon mechanika samochodowego na fajrant. Koszula tak samo. Ha, przecież przeciskałem się między kolejowymi wagonami…

Dlaczego ja to opowiadam w ogóle??? Toż nie ma się czym chwalić, za to jest się za co wstydzić…
Bo jedno mnie zastanawia.
Jakim cudem nawalony koleś przez godzinę szwendał się po tej hucie, nie starając się specjalnie przed nikim ukrywać??? No jak???

No tak!!!
Bo azymut. Iść trzeba. ;-DDD

rymasz wędrowniczek